Ania z wesołą ekipą na Araracie

Po sobotnio – niedzielnej podróży przez Turcję dotarliśmy do kraju Kurdów do miejscowości Doğubeyazit. Kraina cudownych, ciepłych, życzliwych ludzi, niestety uciemìężonych przez Turków..
W przytulnym rodzinnym hotelu Erthur spotkaliśmy się z naszym lokalnym agentem Musą, który prowadzi agencję wyprawową pod Araratem. Musa jest Kurdem, który poza sezonem mieszka w Polsce, świetnie zna j. polski i jest pogodnym ale stanowczym facetem. Wieczorem przy kolacji omówiliśmy nasz trekking na górę Noego. Potem szybki przepak: co na konie, a co na plecy. W poniedziałek w godzinach porannych wyruszyliśmy  busem ok. 40 km, a potem z buta do base campu. Droga zajęła nam ok. 4 godzin, mieliśmy do pokonania 7 km i ok. 1000m przewyższenia. W drodze towarzyszył nam Musa i Davut. Gdy dotarliśmy do bc, czekała na nas reszta ekipy Musy. Namioty były rozstawione, owoce, ciastka, przekąski i oczywiście picie w messie… Bajka all inclusive!

 

Morale naszej niewielkiej paczki trochę spadły, gdy nad nasz obóz nadciągnęła potężna zlewa i temperatura była bliska zera. Nasz namiot oberwał najbardziej! Biedny stary alpinus. Fifi wylewał wodę kubkiem, a ja wycierałam nasze śpiwory i termaresty ręcznikiem. Oczywiście ja (niepoprawna optymiska), mimo przemarznięcia od chłodu i wilgloci przepowiadałam szybki powrót dobrej pogody. Hurraaa udało się, już w nocy trzaskaliśmy foty Góry z gwiazdami.

 

 

Drugiego dnia po smacznym śniadaniu wyruszyliśmy do c1 na aklimatyzację. Wycieczka zajęła nam w sumie około 6h wraz z godzinnym odpoczynkiem. W niespiesznym tempie pokonywaliśmy wysokość,  aby po niespełna 3 godzinach dotrzeć do obozu c1 na wysokości 4200 mnpm. Widoki piękne, pogoda wymarzona, cóż można jeszcze chcieć od Góry? Spędziliśmy tam mniej więcej godzinę i wolnym krokiem wróciliśmy do bc, gdzie Ali czekał już na nas ze smakołykami w messie. Wówczas stwierdziłam, że jeszcze nigdy tak pysznie nie jadłam w górach! Zjadałam niebotyczne ilości zup i kurdyjkich smakołyków…
Wieczorem przy kolacji Musa omówił z nami akcję górską, czyli przejście do c1 i nocny atak szczytowy.
Trzeciego dnia, po śniadaniu znów przepak: co na plecy, a co na konie do c1. Nasza niewielka ekipa wyruszyła z Davutem do kolejnego obozu. Dotarliśmy tam dość wcześnie. Ali już czekał na nas z herbatką i przekąskami, abyśmy mogli złapać trochę energii przed kolacją. Do kolacji każdy z nas odpoczywał i szykował się na nocny atak szczytowy. Niestety nasz kochany Stev nie czuł się najlepiej. Mimo dość dobrej saturacji, jak na tę wysokość miał objawy AMS. Podałam Stevanowi leki, poprosiłam, aby dużo pił… Po północy, gdy wszyscy byli w blokach starowych gotowi do ataku szczytowego, dowiedziałam się, że Stev zostaje sam w namiocie. O shit! Poszłam do namiotu Stevana. Niestety jego samopoczucie się pogorszyło. Nie mógł zostać sam po środku niczego w takim stanie (miał już pierwsze objawy HAPE), a Fifi natychmiast podjął decyzję, że „gdzieś” ma szczyt i nigdzie bez Stevana nie idzie. Chciałam z nimi zostać ale ustaliliśmy, że choć ja wgramolę się na tę Górę z flagą Filipa. Zaopatrzyłam Stefana medycznie i zaleciłam jak najszybsze schodzenie w dół. Został z nimi Ali nasz drugi przewodnik, który po niedługim czasie zaczął sprowadzać chłopaków do niższego obozu, gdzie stan naszego przyjaciela szybko zaczął się poprawiać.

 

 

Ja w tym całym zamieszaniu wyruszyłam na podbój Araratu „zupełnie fit i prawie wege”, czyli bez zjedzonego śniadania i po wypiciu pół kubka herbaty. To było trochę za mało dla mnie, jak na nocno – poranne spacery na tej wysokości. Wyszliśmy z obozu w 7 osób około 1:00, z jednym Guidem. Pierwszy odcinek około 500 m był dość ostrym skalistym podejściem do góry. Zaczęłam tracić energię (brak solidnego śniadania) ale Davut przepakował swoje rzeczy do mojego plecaka, do którego ja wpakowałam za dużo klamotów i mieliśmy wspólny plecak, który wylądował na jego plecach.. Od tego momentu na zupełnym lajcie pokonywałam wysokość.. Na 4700 m n.p.m. kolejnego chłopaka zmiotła AMS . Początkowo została z nim Renia i Guide, a my w piątkę ruszyliśmy w kierunku szczytu prowadząc na zmianę.

 

 

Ararat staszył nas przeszywającym, zimnym wiatrem. Na lekkim wypłaszczeniu poczekaliśmy na Davuta. Wszyscy mieliśmy w tamtym miejscu mieszane odczucia z powodu mega zimnego i silnego wiatru. Góra Noego nie chciała nas puścić! Po niedługim czasie dołączył do nas Guide. Zostało nam jakieś 100 m w pionie. Gdy ruszyliśmy do góry, wiatr zupełnie ucichł. Na szczycie 5137 m n.p.m. przywitało nas przepiękne słońce. Byliśmy sami, naszej radości nie było końca. Droga na szczyt od wyjścia z ostatniego obozu zajęła nam 5 godzin i 15 minut. Strzelaliśmy foty z każdej strony świata, selfiaki i zbiorówki, flagi i miśki, gdyż widoki były iście niebiańskie.

 

 

Po niedługim czasie ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety zajęła nam ona więcej czasu niż planowaliśmy, ponieważ w momencie, gdy dogoniliśmy naszą dwójkę, wracaliśmy do obozu już razem. W c1 odpoczęliśmy około 2 godzin i po spakowaniu naszego obozu ruszyliśmy wprost do cywilizacji.

 

 

Ararat to bardzo ładna i  łatwa góra. Niestety przez poprzednie 3 lata była zamknięta dla górskich turystów, przez co organizacyjnie pod względem „rescue” jest tam nie najlepiej. Dlatego polecam ją niedoświadczonym górskim turystom TYLKO w towarzystwie osób bardziej doświadczonych na tych wysokościach. Poza tym zdecydowanie lepszą wersją dla mniej wprawionych turystów wysokogórskich jest schemat aklimatyzcyjny: 3200, 4200 aklimatyzacja, 3200, rest, 4200 i summit.

Moim bohaterem tej wyprawy jest Filip, który zaproponował mi ten wyjazd i wiem, że stanąłby na wierzchołku tej góry. Jest przede wszystkim wielkim człowiekiem, który zrezygnował z chwili na szczycie dla swojego przyjaciela. Szacunek Filip!