Kalimera! Kalo Mina!

 

Kalimera!

 

Wyjechaliśmy z Lublina we wtorek o 7:00. Jest czwartek, 21, a przed nami ostatnie 4 godziny podróży… Piszę to wszystko na promie na linii Pireus – Kalymnos i umilam sobie czas małym grafomaństwem. Ostatni fragment naszej podróży o dziwo jest najprzyjemniejszy, bowiem Blue Ferries dają radę, jak żadne. Samochodem pokonaliśmy już ponad 2 tysiące kilometrów kolejno przez Polskę, Słowację, Węgry (tutaj nocleg w Szeged i wieeeelka wyżera w restauracji rodem z lat siedemdziesiątych), a następnie przez dziką Serbię, Macedonię i dotarliśmy do Grecji, a konkretnie do Alexandrii. Złota myśl związana z tym miejscem – spanie przez Airbnb jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, do kogo trafisz… U Madziarów było wyjątkowo powyżej oczekiwań, natomiast w Grecji… Urocza Elizavet nie dostała żadnej informacji od portalu, nie odebrała wiadomości również ode mnie, więc jechaliśmy w ciemno. Hajs zapłacony, wszystko potwierdzone, próbujemy dostać się do środka. Na podwórku 2 psy, jeden groźniejszy od drugiego. W końcu otwiera, dzwonimy do centrali i potwierdzamy, że powinniśmy u niej spać. Mała konsternacja, w środku dramatyczne warunki i jakby mało miejsca i dość nieeksluzywnie. Mniejsza o to… Spędzamy u niej noc modląc się żeby nie złapać żadnego syfilisu i o 5 rano pakujemy się do auta. Ostatni dzień podróży przed nami. Dojeżdzamy bez przygód do Aten, następnie krążymy po porcie w Pireusie i o 15 pakujemy się na statek, na którym zacząłem pisać ten tekst. Aktualnie jest już tydzień później, więc nastąpi krótkie sprawozdanie z naszych działań na rajskiej wyspie.

Dopłynęliśmy o 1 w nocy już w czwartek, a zanim zameldowaliśmy się w Platys Gialos i rozłożyliśmy do spania było grubo po 3. Rano szybko po zakupy, Ania i Asia zaczęły ogarniać chatę, a ja z Konradem i Mariuszem – wiadomo, w skały. Na pierwsze skalne macanko pojechaliśmy samochodem w sektor Dolphin Bay, gdzie nigdy nie było prawdziwych delfinów, ale miejsce piękne, a drogi na rozgrzewkę po 3 dniach podróży w sam raz. Kilka godzin minęło, jak z bicza strzelił i po ponaglających telefonach od dziewczyn zawinęliśmy manatki i grzecznie pojechaliśmy do domu. Kolacja w Il Posto, gdzie rok temu karmili nas naprawdę wyśmienicie, a tego dnia zaserwowali mało smaczne gówno. Nie polecam, nie pozdrawiam.


Kolejny dzień to kolejna przygoda. Tym razem Ania zabrała chłopaków na sektor Poets, a ja z Asią i psami zostaliśmy na dole. Wspin, jak wspin – zacny. Ania niestrudzenie z Kondziem i Mariuszem czyścili drogę, za drogą, a my w tym czasie relaks przy kawie i spacery po plaży. Tego dnia Ania wędkuje swoje pierwsze 6c, o czym nieprzerwanie będzie opowiadać jeszcze przez najbliższe 4 miesiące. Na szczęście kolejnego dnia to ja wybieram się z chłopakami do Grande Grotty, więc humor szybko mi się poprawia. Na rozgrzewkę wybieramy sektor Afternoon i miłą 35 metrową przystawkę, jednak wiatr i cień dają nam się we znaki, więc szybko przenosimy się do Wielkiej Groty. Tam restujemy trochę w promieniach słońca, zachwycamy się widokami i szykujemy do wspinu. Początkowo mieliśmy zacząć od miłego 6a+ na prawo od groty, ale Konrad zachęcony smsami od szkoleniowca z sekcji Pawła zażyczył sobie wstawkę w DNA za 7a. Okeeeej, jedziemy. Droga wymagająca, ciężka i męcząca. Ogólnie rzecz biorąc, jeszcze poza zasięgiem. Przewspinaliśmy ją na blokach, ale chociaż zdjęcia mamy ładne… Jest to mój plan na ten sezon, więc bardzo się cieszę, że już 2 dnia wspinaczki udało mi się w to wstawić. Na deser zostawiamy wspomniane wcześniej 6a+, a wracając do domu zajeżdżamy na plaże w Platys Gialos, moczymy nogi i jemy pyszności w lokalnej tawernie. Wieczorem wraz z Anią i Asią mamy umówione spotkanie w Pothii z naszym ziomem Dimitrisem, który zabiera nas do nowo otwartej restauracji w porcie – Mamouzelous. Porcje ogromne, niebo w gebie. Przystawki, sałatki i dania główne – wszystko na najwyższym poziomie. 11/10 polecam serdecznie.

 

Nastał poniedziałek, czyli ostatni dzień pobytu naszych Kochanych Gości. Tym razem ani ja, ani Ania nie bierzemy udziału we wspinaczkowych harcach. Odstawiam chłopaków na Delfiny, gdzie zostało parę dróg do skończenia, a my ogarniamy przyziemne sprawy. Zakupy, księgowa, notariusz. Dzień mija bardzo szybko, zawijam chłopaków z sektora i jedziemy na obiad do Masouri, gdzie dali namówić się na lokalne specjały – mousaka i kleftiko bardzo im posmakowały, a Mariusz przy okazji nauczył kelnera obsługi terminala. Sytuacja win-win i szkoda, że nie dostaliśmy za to jakiejś zniżki.

 

DCIM100GOPROGOPR1137.JPG

Zakupy pamiątkowych Mythosów, pożegnalna kolacja, winko i odwozimy ekipę na prom powrotny do Pothii. W takich okolicznościach przyrody tydzień zleciał nadspodziewanie szybko i bardzo przykro, że tak szybko to wszystko się skończyło. Na szczęście Ania wraca do nas za miesiąc z ekipą bankietową, a chłopaki zapowiedzieli, że na pewno zjawią się jeszcze w tym sezonie. Teraz czas poprzestawiać wszystko po swojemu, dokończyć sprawy związane z domem i od środy, czyli od dzisiaj przyjeżdżają pierwsi goście z AIRBNB.
Życzymy Wam dobrego miesiąca, czyli Kalo Mina i do usłyszenia wkrótce!

A kto doszedł do końca tych wypocin w gratisie dostaje namiar na nasze studio na rajskiej wyspie dla 4 osób za jedyne 35 euro dziennie. Bardzo proszę! https://abnb.me/P5hm7DyEAV