Spacer na Toubkal.

To ciekawa Góra (jebel) ze względu na swoje afrykańskie położenie.


Przyleciałam do Marakeszu, gdzie temperatura była powyżej 30°C, a wilgotność powietrza nie przekraczała 10%. Stara cześć miasta Medina tętni życiem i kolorami od porannych godzin do późnej nocy. Jest tu niezliczona ilość sklepików i straganów, na których można kupić dosłownie wszystko. Tu spędziłam noc. Drugiego dnia busem wyruszyliśmy do górskiej miejscowości Imlil położonej na wysokości około 1930 m. Po nocy spędzonej w przytulnym hoteliku (byłam bardzo zaskoczona standardem) wyruszyliśmy w kierunku schroniska Refuge du Toubkal Les Mouflons na wysokości ok 3230 m. Trekking na tym odcinku jest przyjemny i prowadzi przez niewielkie wioski, gdzie można zrobić ostatnie drobne zakupyPogoda przez większą część  wędrówki nam sprzyjała i byłoby zbyt pięknie, gdyby utrzymała się do schroniska. Na ostatnim odcinku przed schroniskiem dosłownie dopadła nas burza. Był grad, były pioruny czyli górski klasyk. Na szczęście lekko zmoczeni i zziębnięci dotarliśmy do obranego celu na ten dzień. W tym miejscu są dwa schroniska: Francuskie i Mouflon. Standard obydwu jest zbliżony i jak na tę część świata bardzo wysoki. Dla porównania w alpejskich schroniskach nie ma ciepłej wody (czasami w ogóle nie ma wody!) a tu jest i zimna i ciepła i prysznice za darmo – niedowierzanie! W dodatku jest prąd w gniazdkach i bez problemu oraz dodatkowych opłat można z nich skorzystać. Nie ma tu natomiast piwa, ani innych „napoi energetycznych” ale z tym jest w ogóle problem w Maroku ze względu na religię – o ile można ten fakt rozpatrywać w kategorii problemu. Jedzenie w schronisku jest różnorodne, a większość wędrowców decyduje się na tradycyjną marokańską potrawę taj’in (tadżin). Są to zapiekane warzywa z kurczakiem, doprawione dużą ilością kolendry i kminu.
Teoretycznie po nocy spędzonej w schronisku rano powinniśmy wyruszyć na szczyt. Niestety, jak to bywa w górach: pogoda miała odmienne plany od naszych. Z resztą od kliku dni Toubkal nie był dla nikogo łaskawy! Tego dnia mimo przepięknego słońca na niebie wiał wiatr z prędkością ponad 55 km/h. Kilka grup podjęło próbę wejścia na szczyt ale po kilku godzinach zawracali ze spuszczonymi głowami. My mając dzień zapasowy daliśmy sobie na wstrzymanie i czekaliśmy na bardziej przystępne warunki. Dzień rozpoczęliśmy późnym śniadaniem, a później każdy na swój sposób przygotowywał się na dzień ataku szczytowego. Jedni poszli na spacer po okolicy, drudzy wygrzewali się w śpiworkach, inni uzupełniali płyny marokańską miętową herbatką, a ja biegałam w poszukiwaniu zasięgu, z którym miałam problem mimo marokańskiej karty…

kawa, herbata, napoje, showtime.

Dzień zakończyliśmy wczesną kolacją około godziny 17:00 i przygotowywaniem się do wczesnego wyjścia na atak szczytowy.
Nastał długo wyczekiwany moment. Pobudka 4 rano, szybka toaleta, śniadanie BARDZO DUŻE ŚNIADANIE – hmmm to chyba u nas rodzinne lub nauczyłam się tego od Oskara, że bez zapasu energetycznego nigdzie się nie ruszam!
Grupa była punktualna i wszyscy stawili się o 5.30 przed schroniskiem. Tego dnia wszyscy, którzy planowali wejście na szczyt ruszyli szturmem w godzinach już od 4 rano. Pogoda według prognoz miała być jak drut. Początkowo wiatr, którego miało nie być próbował nas zepchnąć lub przynajmniej przestraszyć. Kilkadziesiąt metrów za schroniskiem pokonywaliśmy strumień, który spływa z Toubkala. Mały niepozorny ciek wodny z oblodzonymi kamieniami o tej porze dnia. Droga na szczyt prowadzi początkowo kamienisto- piargową ścieżką, dzięki której dość szybko łapaliśmy wysokość. Bajkowa kraina śniegu przywitała nas na 3700 m. W tym miejscu wszyscy trekkerzy zakładają raki, ponieważ wejście bez nich na szczyt, a tym bardziej zejście (!) mogłoby być problematyczne. Czekan na tej górze nie jest niezbędny ale kijki trekkingowe zdecydowanie bardzo przydatne. (Zasadniczo bez kijków nie chodzę po górach z kilku powodów: 1. odciążają kolana i kręgosłup, a jeszcze chciałabym przez kilka lat pochodzić po górkach, 2. przy schodzeniu oprócz powyższego powodu zdecydowanie ułatwiają zachowanie równowagi, 3. jestem mistrzynią fikołków i piruetów w górach)


Kolejne około 500 m w pionie pokonywaliśmy w tempie spacerowym. Niektórzy odczuwali już wysokość. Droga na szczyt prowadzi trawersami i po prawie 5 godzinach spaceru wszyscy dotarliśmy do upragnionego celu. (Długo, ale skoro zdecydowałam się na wyjazd grupowy musiałam dostosować się do grupy.)
TOUBKAL był nasz!!! Pogoda na wierzchołku była wymarzona: przepięknie świecące słońce, doskonała widoczność i zerowy wiatr…
Widok z tamtego miejsca był fantastyczny: cała panorama Atlasu Wielkiego, w oddali na północy Marakesz, a po przeciwnej stronie prawie na linii horyzontu jezioro niedaleko Warzazat. Dla tych kilku chwil warto było przeczekać dzień w schronisku. Była to uczta dla oczu, duszy i ciała!

 

Kiedy już wszyscy nacieszyli się widokami i uwiecznili swoją obecność na szczycie schodzenie w kierunku schroniska. Dotarliśmy po trzech godzinach wolnego marszu. W Mouflonie zatrzymaliśmy się na odpoczynek i małą regenerację. Po godzinie rozpoczeliśmy długą wędrówkę do cywilizacji. Z niewielkimi przerwami po drodze, już po zachodzie słońca osiągnęliśmy naszą wypadową miejscowośc Imlil.
Toubkal to ładna i łatwa technicznie góra, warta wejścia na jej szczyt. Ale nie można jej lekceważyć, gdyż należy ona do czterotysięczników.
A teraz garść ciekawostek:
– znaczna ilość trekkerów to Francuzi,
– lubią na nią wchodzić Polacy,
– można dogadać się z tubylcami w j. angielskim,
– w schronisku wszystko kosztuje „dirti” (cokolwiek to znaczy), czyli woda mineralna, herbata, czy kawa raz kosztuje 10 dirhamów, a innym razem 15 lub 20 dirhamów. Ceny nie są stałe i warto zwracać na to uwagę kupując tę samą rzecz w schronisku,
– miejscowa ludność jest przemiła uprzejma i pomocna na każdym kroku.

Pozdrawiam, Ania Łubińska.