Zamarła wyczyszczona i nasze pierwsze VII-

To był długo wyczekiwany wyjazd. Jechaliśmy tam już 3 tygodnie temu, ale los figlarz poprowadził nas do Paklenicy. Tym razem zgodnie z planem wylądowaliśmy w Palenicy i zaliczyliśmy najlepszy wspin w życiu. O podróży do Zakopanego szkoda strzępić ryja, bo to co dzieje się aktualnie na trasie woła o pomstę do nieba. Dzięki Bogu jakoś dojechaliśmy, a z racji na późną porę i słabą pogodę na szlaku nie uświadczyliśmy masy ludzi. Czyli na początek wszystko bajka. Jedyne nasze zmartwienia wypchane po brzegi plecaki i tłumy w schronisku. Pierwszej nocy było bardzo ciężko o miejsce nawet na podłodze, wielu górskich pielgrzymów musiało zadowolić się spaniem na zewnątrz. My kurczowo pilnowaliśmy swoich 2 miejsc przy stole, żeby po 22 pod tenże stół się schować. Udało się. Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów oferuje sympatyczne warunki, co za tym idzie liczba górskich zdobywców jest tam dość spora. Orlą Perć odmieniają tam w każdym możliwym przypadku. A po Orlej już tylko zimą na K2. Pierwsi górołazi wyruszyli na szlak o 4, nie bacząc na innych lokatorów i mocno hałasując. Obyło się bez rzucania butami, ale niesmak pozostał.

Droga do schroniska

 

My na spokoju wstaliśmy przed 7, śniadanie i w drogę. Podejście pod Zamarłą Turnię zajęło nam około godziny, a pod ścianą działał tylko 1 zespół. My zrzucamy graty z pleców, ogarniamy szpej i robimy losowanie. Kto nas czasami czyta bez problemu odgadnie, komu przypadają pierwsze wyciągi… Tym razem nie było odstępstw od reguły i to znowu ja zaczynam wspinaczkę na naszej wymarzonej drodze – Drodze Motyki. Skała była zimna. Zacięcie sensowne, a pierwsze stanowisko było widać już z dołu. Miałem wrażenie, jakbym podchodził po dość nachylonej skale, żadnych trudności.

Droga Motyki

Początkowo dość ostrożnie, żeby odpowiednio się rozgrzać, a potem już coraz śmielej i śmielej. Na całej rozciągłości powbijane są haki, więc z asekuracją nie było najmniejszych problemów. Doszedłem do stanowiska, zarzuciłem cordolettę i ściągnąłem Konrada. Jego odczucia były podobne, droga puszcza po najmniejszej linii oporu. Wbijam więc w drugi wyciąg, który przewija się lekko w prawo. Dalej wykorzystujemy stałe punkty, które są już osadzone, ciekawie ktoś zostawił haka jedynkę w dość newralgicznym i czujnym fragmencie. Z niego też korzystamy, ale z małą dozą zaufania i po chwili zawahania dochodzę do stanu. Ściągam partnera, wymieniamy się uwagami i żartujemy z ilości sprzętu, który mamy ze sobą. Set kości, ekspresy, friendy, których i tak kilka zostawiliśmy w domu. To swoje waży, a my nie jesteśmy robo-copy, odczuwamy ten ciężar na swoich barkach. Zmieniamy się na prowadzeniu i ostatnie metry na drodze należą do mojego przyjaciela. Teraz droga idzie lekko w lewo delikatnym trawersem. Czujne przewinięcie, potem do góry i znowu w lewo. W tym miejscu poszedłem trochę za wysoko, na szczęście w ostatnim momencie ogarnąłem mój błąd i obrałem właściwy kurs i wylądowałem obok kumpla. Oddałem wszystkie graty, które zebrałem po drodze, a on ruszył rozpoczął ostatni fragment wspinaczki. Ten wyciąg nie zapadł nam specjalnie w pamięci i bez większych trudności po 2 godzinach od startu meldujemy się na szczycie Zamarłej. Ukłony dla Pana Jana za piękne solo, które fruwa po youtubie. Wierzę, że kiedyś i Wróbel nauczy się tak latać, jak Pan Gołąb ( if you know what I mean). Schodzimy do sławnej Orlej Perci, gdzie musimy ustawić się w kolejce, żeby zejść po drabinie. Tu mała dygresja do wszystkich fanów EKSTREMALNEGO WSPINANIA W TATRACH PO SZLAKACH. Zastanówcie się, serio. Czy czujecie się na siłach, czy ekspozycja Was nie przeraża, czy zabieranie drugiej połówki na tak wymagający szlak to dobry pomysł? Ludzkie tragedie dzieją się przez skrajną nieodpowiedzialność i sami sprowadzamy na siebie kłopoty. Tyle, koniec dygresji. Tłum ludzi w końcu zszedł po drabinie, nastała nasza kolej i grzecznie gęsiego zsuwaliśmy się w dół do podstawy ściany. Na Koziej Przełęczy my odbijamy w prawo w dół, a reszta dzielnie sunie w lewo, ku kolejnym szczytom. U podstawy ściany zarządzamy mały reset, jemy, pijemy i analizujemy dalszą drogę. Teraz czas na Prawego Heinricha. Obok ekipa robi Lewych Wrześniaków, wspominają, że „azerowali” kluczowy moment. Myślę sobie: „ Hola hola! Jak to azerowali, przecież to V!” Ale swoje przemyślenia chowam do kieszeni i robimy swoje. Tym razem ja asekuruję, a Konrad wbija w pierwszy wyciąg. Zaczyna się robić pod górę, nie wiem, czy to kwestia zmęczenia, czy lekkiego zaćmienia umysłu, ale pierwszy wyciąg zajmuje nam 45 minut! Dobrze, że obok działała ekipa, która poinstruowała nas o przebiegu drogi i w końcu udało się znaleźć pierwsze stanowisko. Drugi wyciąg przebiegł już bez większych trudności i w trzeci, co się potem okazało – kluczowy wchodzę ja, cały na biało. Droga ma dość sensowny przebieg, widzę graniastosłup, do którego powinienem się kierować. Ku mojemu zdziwieniu teren staje się przewieszony, chwyty małe, a rysy wąskie. Na szczęście co półtora metra jest wbity hak, więc psycha działa, jak należy. Dochodzę do owego kluczowego momentu i po kilkuminutowej walce wołam o blok. Spompowałem się na małych chwytach, a dodatkowy ciężar szpeju nie ułatwiał zadania. Po chwili restu znalazłem odpowiedni patent, ułożyłem ciało jak należy i po małej krawądce na prawą rękę i wątłych stopniach przebiłem się przez trudność. 2 ruchy więcej i byłem na stanowisku. Mocno wkurwiony na siebie, bo przecież ciągle myśleliśmy, że to droga o trudności V, czyli taka, która nie powinna nas nawet zmęczyć. Ściągam Konrada na górę, analizujemy ten wyciąg i wspólnie dochodzimy do wniosku, że droga jest niedoceniona i należałoby jej dać chociażby VI… Po chwili wytchnienia zaczynam znowu prowadzić. Wyciąg zaczyna się od komina/zacięcia, w którym również należy zachować czujność i dość trikowo złożyć się do następujących po sobie sekwencji. Po tym momencie trudności się kończą i bez większych ekscesów dochodzę do stanowiska. Tu mijamy się z chłopakami z sąsiedniej drogi, bo nasze wyciągi łączą się. Przepuszczam ich przodem, a my zmieniamy się na prowadzeniu. Ostatni fragment jest już bardzo łatwy, szybko przewijamy się na szczyt. Okoliczności jakby znajome, chyba już tu byliśmy. Tym razem wspinaczka zajmuje nam bite 3 godziny i jesteśmy mocno zmęczeni. A to nie koniec naszych przygód. We wcześniejszej próbie odpuściliśmy zjazdy i zeszliśmy szlakiem, o czym już wspominałem. Powód takiej sytuacji był jeden, konkretnie ruchome śrubki w łańcuchu zjazdowym. Tym razem jednak po rozmowie z sąsiednią ekipą decydujemy się na zjazd. Konrad jedzie pierwszy, dojeżdża do punktu przesiadkowego, a mi na trawę spada przyrząd. Zanim go znajdę minie dobrych kilka minut, więc dzwonię do Konrada i go informuję o zaistniałem sytuacji. Postanawiam zejść już szlakiem, żeby zaoszczędzić czasu, a mój partner w tym czasie ściąga linę do siebie. Zapomniał rozwiązać węzeł na końcu jednej z żył i lina utknęła w stanowisku. Myślał, że zaklinowała się gdzieś po drodze, na szczęście ja byłem jeszcze w okolicy stanu i zdążyłem rozwiązać problem. On ściągnął linę, do której już nie mogłem się wpiąć i umówiliśmy się u podstawy ściany. Na szczęście na szlaku o tej porze nie było już żywej duszy, więc na szybko zleciałem na dół, gdzie partner kończył zjazdy. Przygoda mało fajna, ale wszystko skończyło się bez większych problemów. Zmęczeni wracamy do schroniska, gdzie czekają na nas ulubione miejsca podłogowe. Jak na 1 dzień urobek był dość spory, więc po kolacji i mszy, na którą się załapaliśmy padamy na nasze karimaty.

W poniedziałek budzę się o 5, piję kawę i relaksuję się nad brzegiem stawu. Ludzie szykują się do wyjścia, my nieśpiesznie ogarniamy swoje zabawki. Dziś w planach Festiwal Granitu i Lewi Wrześniacy. Drogę już znamy, po godzinie meldujemy się w miejscu startowym. Znowu to ja wygrywam losowanie i rozpoczynam wspinaczkę. Pierwszy wyciąg Festiwalu to droga III, więc bez pierdnięcia dochodzę do stanu pod Zacięciem Komarnickich. Tutaj zaczyna się piękne wspinanie za IV, które również pokonuję „biegiem” i zakładam drugi stan pod trawersem. Zmieniamy się na prowadzeniu i tym razem Konrad ma na talerzu kluczowy wyciąg naszej drogi. Wycena V, czujne ruchy, małe stopnie. Gęsta asekuracja, żeby uniknąć wahadła na linie. Z klasą i powabem dochodzi do stanu i ściąga mnie za sobą. Zostaje nam  ostatni fragment drogi, który znamy już z dnia poprzedniego. Wyjściowe zacięcie za IV, które możemy już przejść z zamkniętymi oczami. Wszystko przebiega szybko i sprawnie, droga w krótszym czasie, niż pokazuje przewodnik. Tym razem znowu schodzimy ścieżką, żeby uniknąć problemów…

Konrad na filarze

Ostatnia droga, na którą się decydujemy to Lewi Wrześniacy. Zaczynają się schodami o wycenie I-II, które osobiście polecam przejść na żywca i zrobić stanowisko już powyżej. My jednak wspinamy się z wysokości gleby, ale Konrad mija wspomniane miejsce i stan robi po przejściu przewieszki za IV/V. Potem prowadzi jeszcze 1 wyciąg, w którym nie może znaleźć odpowiedniego miejsca na zmianę prowadzenia, więc przechodzi 2/3 drogi prowadząc, oczywiście ku mojemu niezadowoleniu. Dobrze się złożyło, że ostatni wyciąg był najciekawszy, a ekspresów starczyło idealnie na styk. Szczęśliwy doprowadzam nas po raz kolejny na szczyt Zamarłej Turni. Tym razem decydujemy się na zjazdy, co w naszym przypadku zawsze kończy się jakimiś przygodami. Nie inaczej było tym razem… 1 zjazd super, jesteśmy w trawersie. Kolejny już mniej super. Partner zjechał do końca liny, a ja zostałem na trawersie. Mija 5, 10, 20 minut, a lina wciąż napięta. Krzyczę – nic. Dzwonię – nie ma zasięgu. Lina napięta, co robić? Teren w miarę bezpieczny, wypiąłem auto i zaglądam od prawej strony. Nic nie widzę, dalej się nie słyszymy. Wracam, wpinam się w stanowisko. Wyhaczyłem moment, gdy lina odrobinę się zluzowała i udało mi się wpiąć przyrząd. Zjeżdżam w dół, a Konrad prusikuje do góry… „Nie znalazłem stanowiska!!!” Słyszę. Spoglądam z góry, zaglądam do topo. Gdzieś powinno być. Z mojej perspektywy łatwiej było je dostrzec, pokazuje więc na kamienie po prawej stronie i pytam, czy to przypadkiem nie jest to? Szach-mat, mamy cię! Konrad dojeżdża w miejsce docelowe, ja dojeżdżam zaraz po nim. Ostatni zjazd na szczęście bez większych emocji i jesteśmy na pewnym gruncie. Radość niesłychana, wracamy do schroniska. Wyjadamy ostatnie tortille, pakujemy mandżur. Tej nocy mamy miejsca vip, na parapecie. Przy stołach rozgrywają się trudne sprawy, zakochane pary kłócą się, a my chillujemy i śmiejemy się ze wszystkiego. Ja zasypiam lekko po 20. Jestem zajechany, jak koń po westernie. Budzę się o 4 i wiem, że już nie zasnę. Kawka, internety, ładowanie telefonu. Na 11 zapowiadają burze, więc zwijamy się szybko na dół. Po drodze zbieram gratulacje od chłopaków z kw, którzy gratulują nam niezłego urobku. Znowu pali mi się lampka w glowie, bo nic niezłego raczej nie zrobiliśmy, co więcej. Żenująco wisiałem w bloku na Heinrichu, poza tym problemy ze zjazdami i zaginione stany Konrada. „Stary VII- to nielada wyczyn.” Jakie VII? Sprawdzam drytooling, a nasz Henryczek ma właśnie taką wycenę. Rok temu podczas kursu Pan Jacek Czech zabrał mnie na Dieskę za VII- i jeszcze ją zmodyfikował o kurewsko trudny bulder na końcu. Tym razem sam się zabrałem na taką drogę i co prawda nieczysto, ale udało nam się przejść. Jednak humory trochę lepsze, a morale podbudowane. Czekamy na kolejne wstawki, może już niedługo…