#ShowtimeAconcagua 2018

Cena wyjściowa 2 000 $
Bilet lotniczy 4 000 zl
Permit 590$
Porter 245 $
Porter 300$
Porter 300$
Pakiet jedzenia 70 $
Pakiet namiot za 7 dni 70 $
3 dni hotel na własny koszt
Ruszamy na wycieczkę. Spotykamy się na Okęciu. Klasyczne miejsce zbiórki, prawy róg hali odlotów. Znajome twarze. Lecę z Adventure24 drugi raz, a wszystko jakby takie samo. Nawet ludzie podobni. Gdyby nie Ania wiem, że sam na coś takiego drugi raz w życiu bym się nie zgodził. Niby poważna ekspedycja, a w koło jakby niepoważnie. Od początku zamieszanie, milion głupich pytań. Nad wszystkim próbują zapanować zalatani liderzy, bez których to w ogóle nie miałoby prawa bytu. Póki co tylko oni trzymają to wszystko w ryzach i sprawiają, że jakoś idziemy do przodu. Lot bez większych historii, długi, męczący. Po 30 godzinach jesteśmy w Mendozie. Tam pierwsza heca. Niektórzy nie mają odpowiedniego obuwia i trzeba latać załatwiać. Na szczęście dziewczynom, dzięki pomocy lokalnego guida Cesara udaje się wypożyczyć masywne skorupy. Pozwolenia, permity, sprzęt ogarnięte, ruszamy w stronę parku. Najpierw długi trekking, aklimatyzacja, spanie, góra-dół i tak w kółko. Całą akcję górską zobaczycie na filmie, tu lekkie wprowadzenie. Za pakiet jedzenia płacimy 70 dolców, za gotowe namioty również 70. My rozbijamy je tylko w obozie C1 i C2. Kolejnym udogodnieniem na jakie można sobie pozwolić jest wynajęcie portera. Ania z rozsądku i swojej kondycji, a także zasobności portfela śmiało decyduje się na taki krok. Za 20 kg sprzętu z bazy do obozu pierwszego płaci 245 dolców, do obozu drugiego na 5900m 300 dolców, a  w odwrotną stronę takie samo 300. Góra łaskawie nas wpuszcza. Kilka osób po drodze z wielu powodów odpuszcza. Jedni fizycznie, drudzy z powodu choroby, inni nie mają swojego dnia. My dzięki odpowiedniemu przygotowaniu fizycznemu a także mentalnemu wchodzimy na Kamiennego Strażnika. Góra wymagająca kondycji, ale bez trudności technicznych. Kolejną fanaberią jest powrót. Ania żeby zaoszczędzić sobie czasu i zdrowia wybiera opcję helikopter. Za 1400 dolców. Wszyscy lekko poruszeni, ale za wynajęcie namiotu trzeba zabulić 50 dolarów, a pakiet jedzenia to 90. Do tego trzeba doliczyć 9  godzin marszu po piargach w południowo-amerykańskim słońcu i załadowanymi plecakami, a następnie przeciwstawić to czystym łóżkom i gorącemu prysznicowi, cywilizacji. Przed nami dni fakultatywne. 3 dni w hotelu za nasze, 1 z racji funduszu wyprawy. Bilet do Buenos na koszt własny i powrót do kraju.
Tak wygląda podsumowanie finansowe i ukryte, bądź dodatkowe koszty, na które czasami trzeba, a czasami można sobie pozwolić.
Oddzielny akapit należy się temu, co dostajemy od organizatorów wyprawy. To przede wszystkim świetnie przygotowani polscy liderzy. Jadzia, bądź Ziazia, jak nazywali ją Argentyńczycy to kobieta o złotym sercu, która każdemu uchyliłaby nieba. W swoich działaniach jest za dobra, bo tam, gdzie ja urwałbym głowę – ona słodko przytakuje i rozwiązuje nierozwiązywalne. Działa, jak lód na rozgrzane głowy, szuka wyjścia z sytuacji bez wyjścia i stara się zapanować nad grupą rozwydrzonych dorosłych, którzy PRZECIEŻ ZAPŁACILI NIEMAŁE PIENIĄDZE!!!!
Drugi nasz lider to prawdziwy himalaista z krwi i kości. Adam Sikora. To zaszczyt poznać takiego człowieka i trochę się z nim zaprzyjaźnić. Mam nadzieję, że nie uzna tego za nadinterpretację i nie obrazi się za słowa o przyjaźni 🙂 Od początku wyprawy chodząca inspiracja. Człowiek renesansu, 17. w historii Polak, który wszedł na Sziszapangmę bez tlenu. Postać o 100 twarzach, aktor, nurek i akrobata. Z każdym był w stanie nawiązać świetny kontakt i nie dał po sobie odczuć trudów wyprawy w żadnej chwili. Twardziel.
Argentyńska mieszanka wybuchowa. Cesar. Ave Cesar. Kiedy Mami opowiadała mi o nim przed wycieczką tylko się śmiałem. Nie mogłem uwierzyć w te wszystkie historie na jego temat. Okazało się, że wszystko pokryło się z prawdą. Jeśli to jej argentyńska miłość, to ja chyba jestem pedałem i też kocham Cesara. Gość zaangażowany w 200%. Przykład wielkiego profesjonalizmu, znajdzie wyjście z każdej sytuacji. Pomoże we wszystkim, do rany przyłóż, a przy tym z wielkim poczuciem humoru. Świetnie sprawdził się przy zejściu ze szczytu, gdzie musiał sprowadzać osłabionych „zdobywców”, którzy już nie byli w stanie zejść o własnych siłach. Inna kwestia to jego zarządzanie w sytuacjach kryzysowych. 2 osoby z obrzękiem płuc musiały zostać przetransportowane za pomocą helikoptera na dół. Jeśli chodzi o Łukasza, problem był do ogarnięcia dla laika, bo wszystko miało miejsce w bazie. Inna historia tyczy się Zuzy. W trakcie wyjścia do C1 złapała nas straszna zamieć. My pognaliśmy przodem, a słabsza fizycznie ekipa została trochę z tyłu. W trakcie, gdy my rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy topić śnieg, oni dopiero dochodzili. Nasza Asia ledwo żywa wpadła do naszego przytulnego namiociku, cała roztelepana i przemarznięta. Nakarmiliśmy ją, daliśmy ciepłej herbaty i wygrzaliśmy. Po jakimś czasie Marek zabrał ją do namiotu i otoczył dalszą opieką. Dzięki jego czujności udało się uniknąć tragedii, bo w miarę wcześnie wykrył razem z nią obrzęk płuc. Szybko poinformowali Jadzie i Cesara, którzy wszystkim się wzorowo zajęli. Asia spędziła noc pod tlenem, a nazajutrz Argentyńczyk sprowadził ją na dół. Czapki z głów. Opieka medyczna na najwyższym poziomie, sprawdzali nas co chwilę, od pomiarów saturacji mam już odruch wymiotny. Przed każdym wyjściem musieliśmy być w 100% sprawni.
Gaston to nasz drugi argentyński przewodnik. Chłopak Pani Doktor, ciągle dopytujący się o zdrowie. Silny, a przy tym zabawny i rozgadany. Kolejny do rany przyłóż.
Wyjścia w takim składzie w góry to gwarancja sukcesu. Słowa uznania dla wszystkich zaangażowanych. Organizacja na najwyższym poziomie.
Przedostatnia kwestia to liczba osób. 22 osoby do ogarnięcia, każda z inną historią i potrzebą. Jeśli chodzi o mnie, daleko odbiega to od mojego formatu podróżowania i wspinania. Jak już wspominałem był to drugi taki wyjazd i na pewno ostatni. Pierwszy miał rację bytu, że od czegoś trzeba było zacząć. Drugi, bo trzeba zakończyć, a przy tym pomóc Ani w realizacji celu.
Podsumowując. Doświadczenie i poznani ludzie na  wielki plus. Cena i ukryte koszty na koniec wywołały niepotrzebne scysje, ale to kwestia doczytania umowy. Wielkie słowa uznania dla organizatorów, bo Adventure24.pl to najlepsza polska agencja. Zadbają o każdy szczegół, dopną każdy szczegół. Wielkie dzięki za wszystko dla wszystkich, do zobaczenia na szlaku i takie tam. Ze sportowym pozdrowieniem. Oskar.
Ps. reszta zdjęć i relacja wideo później 🙂