Przywitanie sezonu zimowego w Tatrach

Sezon zimowy w Tatrach udało nam się rozpocząć już w grudniu. Początkowo miał to być wyjazd weekendowy z grupą znajomych, a celem wypadu miały być Rysy od słowackiej strony, jednak trochę zmodyfikowaliśmy plany i oto, co z tego wyszło:

Na samym początku miałem jechać z moim partnerem wspinaczkowym – Konradem, jednak zatrzymały go sprawy prywatne i nie mógł do mnie dołączyć. „Chcąc-nie chcąc” (OCZYWIŚCIE CHCĄC) pojechałem razem z Mamą. Wyjazd zaplanowaliśmy na wtorek 5.12.2017. i po 5 godzinach podróży zameldowaliśmy się w Zakopanym. Szybki wypad na Krupówki, kolacja na mieście i do spania. Rano wychodzimy w góry.

W środę przywitała nas niepewna pogoda, ciężkie chmury wisiały nad Tatrami i mocno ograniczały widoczność. Z całym dobytkiem zapakowanym w 50 litrowe plecaki ruszyliśmy do góry. Z Kuźnic na Halę Gąsienicową klasycznie wybieramy wariant przez Boczań. Idziemy spokojnym tempem, po drodze mija nas grupa biegaczy z SMS Płock, a my po 2 godzinach dochodzimy do Betlejemki. Na miejscu okazuje się, że nikogo nie ma w środku, a Kierownik Adi będzie dopiero koło 18. Niezrażeni tym faktem udajemy się do Murowańca na spoczynek. Zjadamy batony, pijemy herbatę, cieszymy się z naszego położenia. Po krótkiej dyskusji udajemy się na spacer nad Czarny Staw Gąsienicowy, a w międzyczasie planujemy wyjście na kolejny dzień. Nad stawem widoczność dalej mocno ograniczona, z naszej perspektywy nie widać nawet Orlej Perci. Ania odpoczywa na brzegu, a ja idę sprawdzić podejście na Karb. Tak, jak się spodziewaliśmy – całość kompletnie zasypana i w środę czeka nas ostre torowanie.

Takie widoki na Czarny Staw Gąsienicowy.

 

Po rekonesansie wracamy do schroniska, jemy ciepły posiłek, pijemy grzańca i koło 18 meldujemy się w Betlejemce. W środku 2 niespodzianki, 1 dość przykra – jest zimno. Druga już o wiele lepsza: spotykamy znajome mordki : Matiego, Kacpra i Monikę, których poznaliśmy w lecie, a także Karolinę, która przyjechała na zimowy kurs turystyki wysokogórskiej. Po krótkim ogarnięciu i wizycie u Adiego wracamy na kolację do Murowańca. Tam zagaduje do nas Michał, czy przypadkiem nie wybieramy się na Kościelec.  Umawiamy się na kolejny dzień i zawijamy na spanie. Przed snem klasycznie pakujemy plecaki i szykujemy ubrania na czwartek i kładziemy się do łóżek.

Wstajemy o 6. Kawa, śniadanie i w drogę. Pogoda tego dnia jest idealna, niebo bezchmurne, chociaż trochę wieje. Chwilę po 8 wraz z Michałem i Marcinem, który również zdecydował się do nas dołączyć stawiamy pierwsze kroki na Czarnym Stawie Gąsienicowym. Jest zamarznięty, jednakże spacer po nim napędza nam strachu i czym prędzej chcemy z niego zejść. Zimowy wariant wejścia na Karb nie jest zbyt skomplikowany. Droga prowadzi centralnie w górę, po najmniejszej linii oporu. Tego dnia ten opór jest dość duży, bo  przez większą część drogi idziemy w śniegu po pas. Torowanie zajęło nam prawie 2 godziny, odwaliliśmy kawał ciężkiej roboty, szczęśliwi i lekko zmęczeni jemy batony i czekolady. Przy wejściu na Karb dochodzi do nas 2 chłopaków, zadowoleni, że ktoś całe torowanie odwalił za nich. NIE MA ZA CO. Potraktowałem to jako dobry trening, może jeszcze zadzwonią do mnie z Narodowej Wyprawy na K2? Do szczytu zostało nam jeszcze 2 godziny, na grani mocno wieje, śnieg nie jest jeszcze dobrze związany, a wystającą skałę pokrywa lód. Momentami jest dość niebezpiecznie, Ania co jakiś czas głośno powątpiewa w sens naszej wycieczki, a także zadaje dość ważne pytanie: jak ona stąd zejdzie? Mimo wszystkich wątpliwości koło 12 stajemy na szczycie tej pięknej góry, zbijamy piątki i robimy zdjęcia. Niebo nadal jest bezchmurne, słońce, piękne widoki. Nie ma nic piękniejszego od momentów szczytowania.

To jest szczyt wszystkiego! Tzn. Kościelec. To jest Kościelec.

 

Nie popadamy jednak w hurraoptymizm, ponieważ mamy świadomość tego, że czeka nas jeszcze droga w dół. Statystycznie: większość wypadków następuje dopiero podczas schodzenia, mając to na uwadze jesteśmy czujni i skoncentrowani, jak żółwie ninja. Pytania Mamy o zejście okazały się zasadne, ponieważ jak sama tłumaczy: nie ma tak długich nóg, niektóre ruchy sprawiają jej trudność i ogólnie duża ekspozycja nie wpływa na nią najlepiej. W czasie schodzenia spotykamy jeszcze parę osób udających się na szczyt, grzecznie pytamy ich o czołówki i samopoczucie. Wszyscy pielgrzymi mieli świadomość szybko zachodzącego słońca i był przygotowany na każdą ewentualność. Chwała im za to. Z daleka tylko jeden gość przykuł naszą uwagę, jak się potem okazało słusznie, bo walił w kierunku szczytu bez raków, kasku i czekana. Uprzedziliśmy go o czyhających niebezpieczeństwach, on jednak uspokoił nas, że idzie tylko trochę w górę i zaraz wraca. Dla urozmaicenia naszych wędrówek postanowiliśmy wracać przez pojezierze, licząc po cichu na to, że szlaki będą przetarte. Nic bardziej mylnego. Może nie zapadaliśmy się po pas, ale po kolana już tak. Dzień dłużył się niemiłosiernie, wszyscy powoli mieliśmy już dość i rozmyślaliśmy o czekających na nas grzańcach i ciepłym posiłku. Swoją drogą, zawsze mnie to zastanawiało: w dolinach, jeśli nie zjem czegoś raz na 4 godziny odchodzę od zmysłów. W górach, podczas dość dużego wysiłku mogę zjeść 1 batona w ciągu dnia i nawet nie odczuć głodu. W końcu koło 15:30 przy zachodzącym słońcu dochodzimy do upragnionej mety, zamawiamy wymarzone żarcie i gorące napoje, celebrujemy nasz mały sukces. Tego dnia w schroniskach jest już zdecydowanie więcej ludzi, dotarli wszyscy kursanci, a także ich instruktorzy. Plan na kolejny dzień jest dość prosty. Po śniadaniu zwijamy majdan i idziemy na dół, tam spotykamy się z koleżanką Ani – Zuzą i jedziemy dalej do Schroniska Głodówka. Przed snem zaczepia mnie Kacper z pytaniem : czy kiedykolwiek jeździłem na skiturach? Oczywiście, że nie. Jeździłem na nartach 15 lat temu, potem przerzuciłem się na deskę. A o co chodzi? Okazało się, że wraz z dziewczyną zjeżdżają w piątek na dół, a Mati zostaje na Hali Gąsienicowej do wtorku, tylko szuka kogoś, kto mógłby zabrać jego narty na dół. Czemu nie? Nie jest to mission impossible, wydawało mi się, że jestem w stanie podołać temu wyzwaniu. Wszystko mi wyjaśnili, co i jak działa, z czym co się je i po przyśpieszonym kursie teoretycznym byłem gotowy do drogi następnego dnia.

W piątek obudziłem się po 7. Ania już dawno na nogach, ja zwlekałem z podniesieniem się z łóżka z 2 odmiennych powodów. Pierwszy z nich to duże natężenie ruchu kursantów, którzy pośpiesznie zbierali swoje zabawki i szykowali się do wyjścia, drugi to dość krótki sen, ponieważ do 1 wierciłem się na pryczy. W końcu wszyscy wyszli, ja zjadłem śniadanie, spakowałem się i mogłem wychodzić, to znaczy zjeżdżać na dół. Po raz kolejny na przestrzeni tych kilku dni towarzyszyła mi adrenalina i niepewność związana z następnym krokiem. Chłopaki zostawili mi zamontowane foki, czyli skrawki materiału przyczepiane od spodu do nart, dzięki którym niemożliwym stało się zjechanie do tyłu. Początkowo byłem z tego faktu wniebowzięty, ponieważ miało zapewnić mi to jeszcze więcej bezpieczeństwa, a po czasie zaczęło mocno działać mi na nerwy.

skiturowiec!  Andrzej Bargiel, czy to Ty?

 

Nie znając trasy zjazdu nie mogłem osiągnąć dużych prędkości w obawie o wypadek na drzewie, jednak było to o tyle uciążliwe, że każdy płaski odcinek drogi musiałem się mocno naszarpać, żeby doczłapać się dalej. Na domiar złego spadł mi talerzyk z kijka i zostałem z 1 działającym. Po godzinie walki dotarłem w końcu na dół, zaliczając po drodze tylko jeden upadek. Całkiem sensowny wynik. Andrzej Bargiel nie musi bać się konkurencji, a ja szykować na Zimowe Igrzyska Olimpijskie, ale skitury dość mocno mi się spodobały. Mama doszła na dół niedługo po mnie, razem udaliśmy się do wypożyczalni, gdzie zdałem sprzęt, potem przebrać się do samochodu i dalej już na Krupówki, gdzie czekała na nas Zuza. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy, krótki spacer i jedziemy na Głodówkę. Panorama ze schroniska jest nieziemska, przy dobrej piątkowej pogodzie rozpościerała się przed nami niesamowita panorama Tatr.

widoki z Głodówki

 

Spędziliśmy tam pół piątkowego dnia, na przemian jedząc i pijąc, uzupełniając utracone kalorie. W planach na sobotę mieliśmy wypad w dużym gronie znajomych i nieznajomych na słowacką stronę Tatr, do Chaty pod Rysami, a z niej prosto na Rysy. Nasza ekipa zaczęła się zjeżdżać dopiero po 22, gdy ja już byłem w łóżku.

W sobotę rano obudził nas ostro padający śnieg. Ludzie, z którymi mieliśmy iść na górę okazali się sporą grupą osób, w większości nieznajomych. Nie uśmiechało nam się w takich warunkach wiązać liną do kogoś, do kogo nie mamy całkowitego zaufania. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nic dobrego z tego wypadu nie będzie. Po krótkiej naradzie wraz z Anią uznaliśmy, że to nie nasza bajka i Rysy w tym składzie odpuszczamy. Jacek, który był organizatorem całego przedsięwzięcia przyjął to ze spokojem, umówiliśmy się na kolejny raz. Jak się później okazało był to trafiony wybór, ponieważ ciężkie warunki uniemożliwiły im wejście na szczyt. Za duże ryzyko, które oceniliśmy 1500 metrów niżej. O 9 spakowaliśmy się do auta i powoli ruszyliśmy do domu. Trasa do Krakowa była w większości zasypana, prognoza zapowiadała kolejne opady i mocny wiatr.

To był bardzo pouczający wyjazd, wiele się o sobie nauczyliśmy. Mi bardzo spodobało się torowanie w śniegu po pas, Mamie chodzenie po górach razem ze mną. Po raz kolejny poznaliśmy fajnych ludzi i umocniliśmy przyjaźnie ze starymi znajomymi. Trafiliśmy w perfekcyjną pogodę i wejście na Kościelec było nie lada przygodą i dobrym treningiem przed zbliżającym się wylotem w Andy.