Paklenica, ostatnie wielowyciągówki 2017

Paklenica 2017.

Wyjazd na Chorwację wyszedł dość spontanicznie. Aż do czwartku ważyły się losy naszej podróży, która ostatecznie doszła do skutku. Pomógł w tym mój ośli upór i ostre naciskanie na Konrada, ale koniec końców wyszło dość epicko.
Wyjeżdżamy z Lublina w niedzielę 22.10.2017 roku o godzinie o 18:00. Nawigacja sugeruje nam trasę przez Rzeszów, Słowację i Węgry. Jedziemy całą noc w rzęsistym deszczu, zmieniając się za kierownicą. Koło godziny 10 w poniedziałek meldujemy się w AutoCamp Marco. Pogoda, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki(zawsze chciałem użyć tego sformułowania) poprawia się, deszczowe chmury znikają i zostajemy sam na sam z dość mocnym wiatrem. Po rozbiciu namiotu i szybkim śniadaniu analizujemy plan dnia. Nie mamy topo, posługujemy się schematami z internetu, które są dość uproszczone, ale nie zrażeni tym faktem ruszamy w stronę Narodowego Parku Paklenica. Z naszego campingu spokojnym marszem dochodzimy do bram parku w niespełna pół godziny. Za 3 dniowy bilet wstępu płacimy 80 kun od osoby i możemy śmiało zabierać się za robotę. Żeby dojść w miejsce docelowe, czyli pod pierwsze ściany potrzebujemy kolejnych 20 minut marszu. Widoki zapierają dech w piersiach. Wielki kanion nas przytłacza, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. O ile jest pozytywne, na potrzeby tekstu musimy to uznać… Aby dostać się do początku drogi na Kuk od Skradelin należy sforsować strumień. Dużym ułatwieniem jest most, jednakże możemy próbować również skakać po kamieniach. Odnalezienie startu także nie należy do najprostszych. Aby dostać się do północno-wschodniej ściany musimy sforsować potężne krzaki i zajmuje nam to zdecydowanie za dużo czasu. Zmęczenie podróżą daje znać i sobie i w sumie dobrze, że na początek wybieramy dość łatwe i przyjemne wspinanie.

 

O ile nic nie pomyliliśmy powinniśmy znajdować się na początku Tinin Smjer 4b+. Droga jest całkowicie obita, są 4 wyciągi, według ekipy toprope.pl (z ich materiałów korzystaliśmy, wielkie dzięki!)  warto mieć ze sobą komplet kości, by dołożyć dla pewności coś od siebie, na upartego można rzeźbić w skale z samymi długimi ekspresami. Przed każdą wspinaczką mamy swój rytuał losowania kamienia, który uprawnia do prowadzenia jako pierwszy. Tradycji stało się za dość( Łuuuhuuu kolejny frazes, o którym marzyłem!) i znowu to ja rozpoczynałem naszą zabawę. Dla rozprostowania kości zmieniamy się co wyciąg na prowadzeniu, zmęczenie i długa podróż bez ustanku dają znać o sobie. Nasze ruchy nie są na tyle płynne, na ile byśmy sobie życzyli, ale wszystko można wytłumaczyć zajechaniem organizmu. Droga bez większej historii, bezpiecznie pokonujemy wszystkie trudności i schodzimy szlakiem. Kopczyki są dość widoczne, na dole jesteśmy jeszcze przed zmrokiem. Po drodze zgarnia nas do samochodu 2 zagranicznych biegaczy i koło 19 jesteśmy na kempingu. Szybka kolacja, kąpiel, ogarnięcie sprzętu i do namiotu. Padamy na przysłowiowe ryje, śpimy ponad 12 godzin.

We wtorek wstajemy koło 9, jesteśmy ostatnią ekipą w kuchni. Wszyscy zdążyli już wyjść przed nami. Dla nas dłuższy odpoczynek jest zbawienny w skutkach, ponieważ tego dnia planujemy zmierzyć się z Nosorogiem. Specjalnie wybieramy drogi z łatwym dojściem, żeby nie krążyć, jak Stasie w malinach przez pół dnia. Żeby nie było, znowu ja wylosowałem kamień i to mi przypada zaszczyt prowadzenia. Tym razem dzielimy się już po 3 lub 4 wyciągi. Droga ma trudność 4c, jest to „must have” w Paklenicy i zapewnia ciekawe wspinanie z niezłymi lufami.

Z racji, że wspinamy się we 2, ciężko o widowiskowe zdjęcia, jednak zachęcam wszystkich do zapoznania się z filmem na youtube, dość dobitnie pokazuje wszystkie aspekty tej pięknej drogi.

 

Często u nas bywa tak, że osoba prowadząca nie dostrzega wybitnych trudności podczas wspinaczki, natomiast ta druga zdecydowanie tak. To samo miało miejsce na Nosorożcu. Podczas, gdy ja cisnąłem wydawało mi się, że całkiem na luzie swoje wyciągi, Konrad dostrzegał w nich pewne problemy. I na odwrót. Ostatni wyciąg, który poprowadził wzorowo dla mnie był nie lada zagwozdką. Na szczycie robimy mały rest, jemy batony i kierujemy się w stronę zejścia. Na parkingu jesteśmy o 15:30 i analizujemy co dalej. Wracając do bazy zahaczamy jeszcze o Ovcji Kuk i na „rozchodne” robimy Prijatjelu Mój 3+. Tym razem darowaliśmy sobie losowanie kamienia i Konrad poprowadził całą drogę, na szczycie postanowiliśmy przećwiczyć zjazdy i tym oto sposobem znaleźliśmy się na dole. Mała dygresja: warto ćwiczyć wszystkie elementy taternickiego rzemiosła, żeby niczego nie zapomnieć i w miarę możliwości regularnie wszystko sobie utrwalać.

Tym razem nikt nas nie podwiózł i na kempingu znaleźliśmy się już po zmroku. W kuchni komplet, przyjechała ekipa z Kilimanjaro od Waldka Niemca i Piotra Sztaby, którzy prowadzili kurs skałkowy, a w kuchni przeprowadzali jeden na temat formacji skalnych. Jeden z wykładów Pan Piotr prowadził również podczas naszego kursu tatrzańskiego, wspominamy go bardzo dobrze i fajnie było spotkać znajome twarze tak daleko do rodzimych Tatr. Oby częściej!

Wieczorem mimo dość niesprzyjającej  pogody postanowiliśmy pospacerować po Starigradzie, zajrzeć na plażę i spróbować lokalnych trunków. Libacja nie trwała długo, raczyliśmy się miejscową Śliwowicą i może gwiazdek Michelin za to nie będzie i do Łąckiej nie ma podjazdu, jednakże warto spróbować. Po wieczornych wojażach bierzemy prysznic i kładziemy się do namiotu, zostaje nam ostatni dzień walki w ścianie i najdłuższa z dotychczasowych dróg.

Zgodnie z planem wstajemy o 8, ogarniamy się „na biegu” i czym prędzej walimy na Wielki Cuk. Tam wbijamy się w drogę  Kanjoski, która ma wycenę 3+ i aż 300 metrów długości, jednak dzięki dużej ilości wariantów udaje nam się podnieść jej wycenę do 5c. Żeby nie było, znowu ja rozpoczynam igrzyska, spokojnie prowadzę pierwsze wyciągi i dopiero na 3, bądź 4 zaczynają się lekkie schody. Asekurujemy się dość rzadko, niektóre chwyty są dość wymagające. Po zmianie na prowadzeniu Konrad zaczyna z grubej rury i po dość latwym pierwszym wyciągu wchodzi w dość trudny dla mnie trawers. Idąc bez topo dość ciężko trzymać się wyznaczonej drogi, idziemy trochę po omacku i tak jak skała puszcza. Wiele wyciągów jest dobrze obitych i mimo dużych trudności udaje nam się je pokonać. Ostatnie wyciągi znowu przypadają na moje prowadzenie. Po dość łatwym przed ostatnim przychodzi kolej na zmierzenie się z jakby się wydawało ostatnim wyzwaniem tego roku. Oryginalna droga powinna prowadzić po skosie w prawo, ja decyduję się na wariant na wprost. Jest tam dość duża lufa, a trudności największe z dotychczasowych. Jeszcze przed wejściem krzyczę do Konrada, że wybieram trudniejszy wariant i z racji braku sprzeciwu ostro napieram. W naszym odczuciu był to wariant za 5c, jednak nie jesteśmy w stanie w 100% potwierdzić tego w topo, może ktoś z Was szedł tamtędy i jest w stanie rozwiać nasze wątpliwości? W tym momencie wspinam się na wyżyny możliwości, pełne skupienie i pokonuję ostatnie kaloryfery w Paklenicy.

Całość udaje nam się zrobić bez odpadnięcia, więc dochodzimy do wniosku, że poziom naszej wspinaczki, mimo dość krótkiego stażu jest całkiem znośny. Po ukończeniu drogi zbijamy piątki i szykujemy się do zejścia, które w pewnym momencie okazuje się trudniejsze, niż wspinaczka. Wielki Cuk to stroma ściana, gdzieniegdzie trzeba ratować się zjazdami i cieszy nas fakt wczorajszych praktyk. Konrad, jako bardziej obyty z liną zjeżdża jako pierwszy, można powiedzieć, że w ciemno, bo polegamy jedynie na obserwacjach drogi z dnia wczorajszego. Nasza 60 metrowa lina na pierwszym zjeździe starcza w sam raz, natomiast na drugim okazało się, że trochę brakuje. Mój przyjaciel chowa się w nyżkę, tam asekuruje i zwalnia sznurek. Transportuję się do niego, wpinam swoją asekurację w przelot drogi i ściągamy linę, która idzie strasznie ciężko. Ostatnie kilka metrów musimy się zewspinać na dół, obywa się bez problemów i kontuzji. Zostaje nam spacer po piargach i zejście po poręczówkach, ale jesteśmy bezpieczni. Dochodzimy do strumyka, płuczemy twarze i ręce. Na szlaku zdejmujemy uprzęże, klarujemy sznurek i segregujemy sprzęt. Uściśnięciem dłoni kończymy tegoroczne wspinanie na wielowyciągówkach. Czeka nas jeszcze długa podróż powrotna, jednak dumni i pełni wigoru wsiadamy do samochodu.

 

To był mega udany wyjazd. Mimo przeciwności losu udało nam się dograć wszystkie tematy i zrealizować zakładany plan. Na przyszły rok stawiamy sobie coraz ambitniejsze cele i będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, by je zrealizować. Podziękowania dla naszych bliskich za wsparcie, bo bez nich nie moglibyśmy robić tego, o czym marzymy. W tym roku planujemy jeszcze jakiś lekki wspin w skalach, a na wiosnę marzy nam się powrót do Paklenicy. Tymczasem brace yourselves, winter is coming… Do usłyszenia!