Wśród spadających kamieni i umierających ludzi

Plan był prosty. Pakujemy się w sobotę rano do samochodu, dojeżdżamy na camping w niedzielę po południu. Szybki przepak, spanie, a w poniedziałek rano pod schronisko Teterouse’a. Spanie do 1, pobudka i atak szczytowy. Schodzimy w glorii chwały, jedna noc w namiocie, a z samego rana wracamy do domu. Byłaby środa i pół tygodnia przed nami. Coś nie pykło, wróciliśmy w sobotę, a na Mont Blanc i tak udało nam się wejść. Posłuchajcie, jak wyszło:

Wszystko zaczęło się komplikować od samego początku. Droga, która miała nam zająć 17 godzin, zajęła 27. Do Zgorzelca dojechaliśmy według planu, o północy zdecydowaliśmy się na małą przerwę i krótki sen. Wstaliśmy o 3, wypiliśmy podwójne espresso i wsiedliśmy do samochodu. Nawigacja pokazywała 10 godzin do celu. O 13 w Chamonix, brzmi nieźle? Nasze piękne plany bardzo szybko legły w gruzach, bo po przejechaniu kilometra natrafiliśmy na gigantyczny korek. Okazało się, że wszystkie samochody stoją od godziny 1 w nocy i nie wiadomo, ile jeszcze to wszystko potrwa. Zatrzymaliśmy się na końcu stawki, niektóre samochody zaczęły zawracać i jechać poboczem autostrady pod prąd. Pozdrawiam serdecznie! My dzielnie przeczekaliśmy do godziny 7:30 i ruszyliśmy dalej. W krainie mlekiem i miodem płynącej, pełnej hebanowych książąt, inżynierów i lekarzy, a także pięknego języka nie było wcale lepiej. Zanim dojechaliśmy do Szwajcarii mijaliśmy 4 wypadki i każdy taki opóźniał naszą podróż o dobre kilka godzin. Świat Helwetów natomiast był, aż nadto uporządkowany, a kierowcy wyprzedzający lewym pasem nie przekraczali prędkości nawet o kilometr. Na obu pasach korek, bajka. Przed zachodem słońca dojechaliśmy do Jeziora Genewskiego, gdzie na parkingu zrobiliśmy parę fotek i ruszyliśmy dalej.

 

Jezioro Genewskie o zachodzie słońca

 

W końcu przed 21 jesteśmy w Chamonix. Znaleźliśmy miejsce na płatnym placu i poszliśmy do restauracji. Wygląd świetny, dużo ludzi, musi być smacznie. Bierzemy pizzę i pocieramy brzuchy ze szczęścia. Po 27 godzinach w samochodzie zjemy coś ciepłego. I dobrego! Taki chu. Smakuje, jak mrożona z supermarketu. Rozczarowani jedziemy rozbijać namiot, w międzyczasie kontaktujemy się z naszym przyjacielem Jackiem, który ze swoją grupą wszedł na Gran Paradiso i też wybiera się na Blanca. Po zapoznaniu się z naszym planem namawia nas, by zostać 1 dzień dłużej na dole, odpocząć i pójść razem z nimi na górę. Argumentacja sensowna, po tak długiej podróży przyda się dzień restu, a wypad na Blanca z człowiekiem, który był już tam kilkanaście razy wydaje się być niegłupim pomysłem.

Cały poniedziałek siedzimy w Chamonix, robimy zakupy, relaks, zwiedzanko. Wieczorem pakujemy wszystko, co mamy zabrać i kładziemy się spać. Wynik naszych piłkarskich orłów sprawdzamy na Livescore i padamy na twarz.

We wtorek, czyli początkowo dzień naszego ataku budzi nas piękne słońce i trochę żałujemy, że nie idziemy w tym momencie na szczyt, ale jak każdy pasjonat górskich wypraw wie: góra poczeka. O 11 jedziemy pod kolejkę gondolową, która za jedyne 17,5 euro od osoby zawiezie nas 10 minut w górę i w dół po zejściu z ataku. Tu zaczyna się nasza droga. W sezonie wakacyjnym jest jeszcze szansa na przejażdżkę tramwajem, jednak od września taka opcja nie wchodzi w grę i trzeba resztę trasy pokonywać pieszo. Dla nas to dobra wiadomość, bo ogólnie jesteśmy zwolennikami ekonomicznych wyjazdów i nie wydawania pieniędzy, ale jak, kto woli. Po paru godzinach marszu w skałach i wspinaczki po różnego rodzaju drabinach dochodzimy do Schronu Polaków. Tam odpoczywamy pół godziny i zaczynamy ostateczne podejście do bazy. Po 18 meldujemy się pod Teterouse’m i rozbijamy namioty.

 

niczego sobie panorama pod Teterouse’m

 

Nasz początkowy plan, by w nocy wyjść na atak znowu spalił na panewce. Pogoda na następny dzień jest niepewna, mają być opady śniegu i dla niedoświadczonych turystów spod Morskiego Oka to nie jest najlepszy dzień na atak. Rozsądek znowu przemówił ze strony Jacka, który namawiał nas na przeczekanie 1 dnia i wyjścia za nimi na atak szczytowy. W razie jakichś problemów zawsze będziemy mogli liczyć na ich pomoc, a to w górach jest najcenniejsza rzecz. Nas zaczyna martwić brak powerbanka i mała ilość jedzenia, jednak będąc w górach trzeba być przygotowanym na takie historie. Jest jeszcze schronisko, gdzie nawet dobrze karmią, jednak zepsuł się terminal i nie można tam płacić kartą. Trochę rozczarowanko, ale wysupłaliśmy jakieś miedziaki na środowe śniadanie. W razie potrzeby nasi kompani byli skłonni udzielić nam pożyczki chwilówki, jednak udało nam się przeżyć bez takich udogodnień. Dzień upłynął pod znakiem gotowania wody, picia herbaty i leżenia w namiocie. Zmęczeni całodziennym „nic nie robieniem” pakujemy sprzęt na wyjście i o 18 kładziemy się spać. Budzik na 00:45. Dobranoc!

Gdy zadzwonił, nie mogłem się ruszyć. Ogólnie, by ograniczyć kilogramy i wielkość mojego plecaka zrezygnowałem z maty samopompującej i wziąłem tylko linę, na której spałem. Patent świetny, złapany na kursie taternickim, gdzie również spaliśmy na kamieniach, tyle że pod gołym niebem. Na wysokości 3200m.n.p.m. sprawdził się równie średnio, bo byłem trochę połamany, ale zawsze to mniej do wnoszenia. Budzę Grażkę i powoli się zbieramy. Jemy liofila, trochę czekolady i szykujemy się do wyjścia. 2:15 idziemy do góry. Z racji na prognozę pogody tego dnia z obozu wychodzą niemalże wszystkie grupy. Na drodze do Goutera świeci się cały szlak, ludzie jak po sznurku pną się do góry. Pierwszy idzie Jacek, za nim jego grupa: Ania, Krzysiek i Piotrek. Za nimi podążamy my, nieco wolniej, Asia nie jest fanką wspinaczki w skałach i dużej ekspozycji. Sytuację pogarsza fakt, że dzień przed naszym wejściem na drodze umarł Węgier, który przestraszył się spadających kamieni i odpadł od ściany. Szukali go kilkaset metrów poniżej, nie było czego zbierać. Mimo kłopotów i zmęczenia mojej Partnerki po ponad 3 godzinach wychodzimy na platformę powyżej tej przeklętej drogi. Zakładamy raki i idziemy do schronu. Tam masa ludzi, niektórzy już wychodzą, inni tak jak my zdecydowali się na zaczerpnięcie oddechu. Samo wyjście do toalety wiążę się z nie lada trudnościami. Trzeba rozwiązać się z liny, zdjąć raki, zdjąć stuptuty, zdjąć buty i ogólnie się rozebrać. Kupa jednak trochę ciśnie i szkoda nie skorzystać z możliwości załatwienia swoich potrzeb w ludzkich warunkach. To żadna przyjemność świecić tyłkiem na 4 tysiącach metrów przy narastającym wietrze i minusowej temperaturze. W międzyczasie przewijam linę i woruję ją do plecaka. Po niecałej godzinie wracamy na szlak. Słońce powoli wstaje, my po wydeptanej ścieżce kroczymy ku chwale.

wschód słońca w drodze na szczyt

Następny postój zaplanowany w Valocie, na wysokości 4200. Z niego 600 metrów do szczytu. Trasa przebiega mocno pod górę, w końcu nie ma co się dziwić, idziemy na szczyt.

Niestety, zaczynamy mieć problemy. Asia nie skorzystała z możliwości załatwienia swoich potrzeb w toalecie i nasze liofilizaty zaczęły mocno domagać się wyjścia na wolność. Spowolniło nas to jeszcze mocniej, Jacek z ekipą oddalili się o kilkanaście metrów, a my związani liną zaczęliśmy tą nierówną walkę z naturą człowieka. Grażka mocno spięła pośladki, przezwyciężyła wszelkie przeciwności i wolno, ale jednak zaczęła iść do góry. Przerwa w Valocie okazała się dla nas zbawienna. Załatwiliśmy swoje potrzeby, złapaliśmy parę oddechów i mogliśmy wyjść na ostateczne starcie ze szczytem. Fizycznie nie mieliśmy żadnych problemów, tempo marszu nie było wyniszczające i w dobrych humorach szliśmy po swoje. Tego samego nie można było powiedzieć o ludziach przed nami, lider szedł z nimi na mocno napiętej linie i widać było, jak się męczą. Na ostatniej prostej do szczytu wymijaliśmy się z ludźmi wracającymi do bazy. U nich dobre humory, uśmiechy i radość. My do końca musieliśmy zostać skoncentrowani, bo każdy zły ruch na grani mógł skończyć się tragedią. Miejsca za dużo nie było, tak jak nie było miejsca na dekoncentrację.

O 11:07 meldujemy się na Mont Blanc. Nie ma tu mowy o ZDOBYWANIU SZCZYTU. Po prostu. My go nie zdobywamy. Zdobyli go wiele lat temu, a może nawet nie. Góra była łaskawa i pozwoliła na siebie wejść. Chciałbym zaapelować do wszystkich „zdobywców”. Więcej pokory. Góry to głównie zabawa i trochę inny sposób spędzenia wolnego czasu i wydania niemałych pieniędzy. Jasne, wszyscy jesteście wielcy itp. Itd. Ale róbcie to z pokorą i w dobrych humorach. Kilka minut sesji zdjęciowej, jedzenia i picia.

IT’S SHOWTIME!

W tył zwrot i idziemy na dół. Statystycznie najwięcej złego dzieje się właśnie podczas zejścia. Rozluźnienie, duma i narastające zmęczenie dają o sobie znać, a przed nami jeszcze połowa drogi. Na szczęście przebiega ona bez większych problemów. Mimo początkowego ścisku na szlaku, udaje nam się wyminąć wolniejsze grupy i pewnie zmierzamy do dołu. Postój robimy dopiero pod Gouterem, gdzie zdejmujemy raki i szykujemy się do ostatniego zejścia. W dzień, ściana, która w nocy wyglądała dość przerażająco, nie robi na nas takiego wrażenia. Grażka zastanawia się, czego tak się bała i nie może znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Zaczynamy powolny proces schodzenia, mijamy grupy, które dopiero jutro będą atakować, jednak zdecydowały się na nocleg w schronisku powyżej, za jedyne 70 euro. Szanuję. Po 15 godzinach jesteśmy w namiotach. Gotujemy wodę, jemy kolację i kładziemy się spać. To był wyczerpujący dzień.

W piątek budzik dzwoni o 6, zwijamy namioty i ruszamy na dół. Bolą nas trochę nogi, ale w dobrych humorach ciśniemy do dołu. Niestety, ledwo uszliśmy spod Teterouse’a z kuluaru poleciały kamienie i rozległy się krzyki. Jak się potem okazało, przyleciał helikopter i znowu u podnóża ściany szukał ciał. Z głową pełną różnych myśli w milczeniu kontynuowaliśmy nasze zejście. Szczęśliwi i zmęczeni doszliśmy do końca drogi, wsiedliśmy w gondolę i zjechaliśmy na dół. Jacek z Piotrkiem musieli zaczekać w kawiarni na Anię i Krzysia, a my z Asią mogliśmy jechać na camping wziąć upragniony prysznic. Człowiek umyty – człowiek szczęśliwy. Wysuszyliśmy namioty i resztę sprzętu, pojechaliśmy zjeść zasłużonego kebsa i o 17 ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem obyło się bez problemów i już o 13 byliśmy w Lublinie. Przygoda dość spontaniczna, jednak dobrze zaplanowana zakończyła się niemałym sukcesem. Po rozczarowaniu na Elbrusie naprawdę miło było wejść na Mont Blanc. Z całego serca dziękujemy towarzyszom naszej podróży, mamy nadzieję, że będziecie nas równie miło wspominać, co my Was. Oddzielne słowa uznania dla Jacka, który na Blanca może wchodzić z zamkniętymi oczami. Chapeau Bas

PS. Wielkie dzięki również dla chłopaków, którzy schodząc w dół zostawili nam czekoladę, orzechy, szynkę i suszone owoce. Kochamy Was <3