Kazbek i Elbrus. 50% planu wykonane

Całą wyprawę zaaranżowaliśmy w październiku ubiegłego roku. Skusił nas ciekawy kierunek i zimowy kurs turystyki wysokogórskiej w cenie. Dodatkowo nasza Guru moja Mama wiele razy jeździła z Adventure24 i nigdy nie była zawiedziona.  Decyzja zapadła, czas na realizację.

Wylot z Warszawy późnym wieczorem, więc cała grupa podróżujących spotyka się na hali odlotów odpowiednio wcześniej. W umówionym miejscu czeka na nas pracownik biura wraz z całym sprzętem do rozdania. Dostajemy pamiątkowe koszulki, liofilizaty, budynie i kisiele. Zestaw małego podróżnika… Na samym początku w oczy rzuca się duża różnorodność naszych kompanów. Różnica wiekowa między nami, a najstarszymi uczestnikami wycieczki wynosi prawie 40 lat. Kręcimy się jeszcze trochę na lotnisku i wsiadamy do samolotu. Lot trwa 3 godziny i 45 minut, a różnica stref czasowych sprawia, że w Tbilisi jesteśmy o 6 rano. Na miejscu czeka na nas już Jadzia Siadaczek, która ma się nami opiekować podczas całego wyjazdu. Szybko rozdała dyspozycje co mamy robić i po wymianie dolarów na lari wsiadamy do wcześniej podstawionych busów i jedziemy do Kazbegi. Pierwszy dzień przebiega dość spokojnie, wymęczeni lotem i jazdą meldujemy się w miejscowym „hotelu”, jemy pierwszy posiłek i ogarniamy cały górski sprzęt. Logistyka wyprawowa to dla nas nowość, więc każdą czynność powtarzamy do znudzenia, skrupulatnie sprawdzając, czy aby na pewno zabraliśmy ze sobą wszystko, co potrzebne. W miejscowym sklepie dokupujemy jeszcze butlę z gazem, jakieś słodycze i orzechy.

Samo Kazbegi jest miejscowością turystyczną. Pełno tu restauracji, barów i hoteli. Przemiał ludzi jest naprawdę duży, czasami ciężko dostać tam pokój. Jeśli chodzi o jedzenie to nie powaliło nas na kolana. Klasyczna gruzińska kuchnia jest pełna placków, chlebów i grillowanego mięsa. Warto spróbować każdego dania z karty, by wyrobić sobie własne zdanie, jednakże my już pod koniec naszego pobytu czuliśmy olbrzymią potrzebę powrotu do własnej kuchni i przyrządzania potraw na swój sposób. Jedyną rzeczą, która nam zasmakowała(poza gruzińskim winem) okazał się chleb, który zabraliśmy nawet ze sobą do domu. Tyle o kuchni, wracajmy do naszej wyprawy.

Wstajemy koło 7, schodzimy na śniadanie i pakujemy wrzucamy torby do samochodów. Wyjazd z Adventure24 wiąże się z masą udogodnień, o których będę wspominał w dalszej części tekstu. Tu mamy 1 z nich. Podstawione busy podwożą nas pod świątynię górującą nad całą miejscowością, gdzie zaczyna się nasz trekking. Nasze bagaże podróżują na koniach, my na szczęście możemy iść na piechotę. Ubrani na lekko z kurtką i wodą w plecaku po 3 godzinach dochodzimy do rzeki. Tutaj po szybkim instruktażu rozbijamy namioty, jemy i gotujemy wodę. Reszta dnia mija nam na podziwianiu widoków, spacerach i dalszym poznawaniu naszych górskich partnerów.  Noc mija nam spokojnie, jedzenie z proszku nam smakuje i jesteśmy napaleni na dalsze wędrówki. O 9:30 gotowi do drogi stajemy w umówionym miejscu i lekko rozczarowani napotykamy pierwsze problemy związane z wyprawami w tak dużym gronie ludzi. Otóż nie wszyscy są w stanie się ogarnąć na konkretną godzinę i powoduje to niepotrzebne nerwy u reszty grupy. Jadzia upomina spóźnialskich i z pół godzinnym opóźnieniem w końcu wychodzimy w stronę bazy meteo. Dzisiejsza wędrówka powinna nam zająć koło 3-4 godzin, zależnie od tempa marszu i drogi, która ze względu na lodowiec ciągle się zmienia. Ponad godzinę zajmuje nam dojście do wspomnianego lodowca, gdzie część ekipy zakłada raki, my zmieniamy podejściówki na KARKI, co w tym miejscu w zupełności wystarcza. Gruzińska ekipa ten fragment drogi pokonuje w adidasach, jednak my zdecydowanie polecamy buty górskie. Lekko zmęczeni docieramy do Meteo, miejsca gdzie mamy spędzić kolejnych kilka dni. Szukamy odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów, oglądamy okolicę. Mieści się tu 1 budynek z betonu, daleko odbiegający od naszych standardów schron. Śpią tam gruzińscy przewodnicy i wspinacze, jest również mała kantyna, z której raz nawet udało nam się skorzystać. Po posiłku i herbacie przewodniczka zabiera nas na mały spacer aklimatyzacyjny. Udaliśmy się pod kapliczkę, która znajduje się na wysokości 3800m.n.p.m. Widoki były nieziemskie, kapliczka niestety zamknięta. Zeszliśmy na dół i odpoczywaliśmy do końca dnia. Ogólnie rzeczywistość górska ma to do siebie, że poza wspinaczką, która jest główną treścią tego wszystkiego resztę czasu poświęca się na gotowanie wody, jedzenie i spanie. Jeśli chodzi o jedzenie; głównym składnikiem naszego podniebnego menu były różnej maści liofilizaty, czyli potrawy z proszku. Co zaskakujące, mają wszystkie składniki odżywcze potrzebne do prawidłowego funkcjonowania i smakują całkiem znośnie. Trafiają się lepsze i gorsze dania, a wybór jest dość spory.

Drugiego dnia pod Meteo pogoda była mocno w kratkę. Nasze kolejne wyjście aklimatyzacyjne przeciągało się, lecz w końcu o 12 trafiło nam się małe okno pogodowe i uzbrojeni w kaski ruszyliśmy na wysokość 4000mnpm. Po południu natomiast Jadzia wraz z grupą przewodników zarządziła przyspieszony kurs turystyki wysokogórskiej. Coś, co dla jednych było rzeczą całkiem normalną i naturalną, dla niektórych uczestników naszej wyprawy okazało się czymś totalnie nowym. Tu wyszedł duży minus podróżowania w taki sposób. Mimo, że to dość łatwa góra i nie wymaga większych umiejętności wspinaczkowych to jednak bezpieczniej czułbym się na linie z kimś, kto wie jak obsługiwać czekan, bądź miał kiedykolwiek raki na nogach. W tym przypadku niekoniecznie tak było. Nasi gruzińscy przyjaciele szybko poinstruowali nas co i jak i z dużą dozą pozytywnej energii życzyli spokojnych snów i dobrej pogody, bo jeśli ona dopisze to w nocy wyjdziemy na atak.

Pogoda jednak miała inne plany i nie dopisała, a my zostaliśmy na kolejny dzień w bazie. Deszcz i wiatr na przemian waliły w nasze namioty i nie było mowy o żadnym ataku szczytowym. Kolejny dzień siedzieliśmy na wysokości 3600m. Powoli kończyło nam się jedzenie i dobre nastroje. Na spacer udaliśmy się w podłych humorach i niesprzyjającej aurze, widoczność była bardzo ograniczona, a tempo naszych wędrówek niezbyt powalające. Dzień dłużył się w nieskończoność, a my pełni niepewności oczekiwaliśmy na wieści o nadchodzącym oknie pogodowym. Budziki nastawiliśmy na 1:00, o 18 zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać. Z podniecenia zbliżającym się wyjściem obudziłem się już o północy i grzecznie czekałem na znak-sygnał z mojego telefonu. Deszczu, ani śniegu nie było. Słychać było jedynie silny wiatr. O 1 śniadanie, szybkie ogarnięcie i za piętnaście druga jesteśmy gotowi. Nasz plan punktualnego wyjścia o 2:00 o dziwo wypalił, nikt się nie spóźnił i wraz z wszystkimi wspinaczami w bazie ruszyliśmy do góry. Autentycznie, tego dnia każda ekipa postanowiła wyjść do góry, nawet ci bez właściwej aklimatyzacji, bo pogoda w ciągu kilku najbliższych dni miała być całkowicie do dupy. Zajęliśmy swoje miejsca i w bardzo spokojnym tempie ruszyliśmy wężykiem do góry. Mniej więcej co godzinę przystawaliśmy na mały odpoczynek, a tuż przed wschodem słońca doszliśmy do lodowca. Tam ubraliśmy uprzęże i założyliśmy raki, co w takich warunkach i przy świetle czołówki bynajmniej nie jest takie proste. Dalej szliśmy już w 4 lub 5 osobowych zespołach. Jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek, jak wygląda wspinaczka na taką górę jak Kazbek, to wyobraźcie sobie szlak na Giewont w środku sezonu. Dokładnie to samo, chociaż śniegu trochę więcej. Gamoni jednak co nie miara. Może nie spotkaliśmy nikogo w klapkach, jednak niepoprawnych optymistów-solistów już tak. Droga ciągnęła nam się w nieskończoność. Co chwilę z powodu zatorów musieliśmy przystawać. Około godziny 11, lekko zmęczeni fizycznie, a psychicznie już bardziej meldujemy się na szczycie. Moja czwórka wraz z przewodnikiem Jano wchodzi 3. z całej grupy, na wierzchołku jest już trochę ludzi, ale miejsca starczyło dla każdego. Po 15 minutach zjawiła się ostatnia część naszej ekipy. Szybkie wspólne zdjęcie i zaczynamy zejście. W jego trakcie pogoda trochę się popsuła, słońce zaszło za chmury, a nasza widoczność mocno się ograniczyła. Z każdym krokiem zmęczenie wzrastało, humory się psuły, a przed nami zaczęły pojawiać się szczeliny. Wykrzesaliśmy z siebie resztki sił, co jakiś czas dopingując się słodyczami z kieszeni. Koło 17:00 w końcu znaleźliśmy się w upragnionej bazie. Akcja górska zajęła nam około 15 godzin,  a końcówka doprowadzała nas do szewskiej pasji. Umęczeni lekko się przemyliśmy i padliśmy do namiotów. Spaliśmy do rana. W planie mieliśmy spakować cały obóz i po śniadaniu ruszyć w drogę powrotną do cywilizacji. Z radością opuszczaliśmy Meteo, w którym spędziliśmy całe 5 dni. Nadszedł czas na prysznic i dobre jedzenie. Przez cały dzień dyskutowaliśmy, kto i co będzie jadł. Marzeniom nie było końca, a im bliżej celu, tym nasza wyobraźnia podsuwała nam coraz bardziej odjechane pomysły. W hotelu zameldowaliśmy się koło 16, zjedliśmy, pogadaliśmy z szefem naszej agencji Tomkiem, który miał nas zabrać na Elbrus i wzięliśmy upragniony prysznic. Następnie udaliśmy się do miasta, by uzupełnić zapasy i porządnie się najeść. Padnięci kładziemy się spać, by kolejnego dnia znowu wstać z samego rana.

Tym razem wyjazd do Rosji wypada na godzinę 7. Szybkie śniadanie, torby przepakowane i ładujemy się do podstawionych busów. Gruzja i Rosja to stan umysłu. To co wyprawiał nasz kierowca nie mieściło się w głowie. Niepojęte było dla nas to, w jaki sposób miły jegomość prowadził samochód. Nic sobie nie robił ze znaków, pasów, innych samochodów, czy nawet funkcjonariuszy straży granicznej. Zamiast stać w kolejce mijał wszystkich uczestników ruchu raz z prawej, raz z lewej strony. Dzięki jego szalonym manewrom zaoszczędziliśmy dobre 2 godziny i z tętnem 200 uderzeń na sekundę wysiedliśmy we Władykaukazie. Tam przejął nas już rosyjski kamrat i to on miał nas dowieźć pod najwyższy szczyt Kaukazu. Podróż trwała cały dzień i pod wieczór znaleźliśmy się w miejscu docelowym. Hotel tym razem był fantastyczny i spełniał wszystkie nasze wymogi. Rosjanie lubią przepych i było to widać na każdym kroku. Całodzienna podróż dała nam się we znaki. Wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy w miasto. Miasto okazało się malutką mieściną, z 1 sklepem, kilkoma straganami, 2 kolejkami górskimi i oczywiście paroma restauracjami. Nasz lider miał sprawdzonych ludzi na każdym kroku, więc wcale nie zdziwiło nas, że wylądowaliśmy w najlepszym możliwym miejscu. Jeśli chodzi o kuchnię rosyjską nie ma ona żadnego porównania do tej gruzińskiej. W życiu nie było mi dane zjeść tak dobrych potraw, jakie dostałem pod Elbrusem. Wszystkich czytających zachęcam do odwiedzin „3 sióstr” i skosztowania „spinki” z wołowiny, bądź baraniny.

Następny dzień był dniem wolnym, każdy mógł go spędzić na swój własny sposób. My zdecydowaliśmy się na całkowity rest, picie kawki u podnóża góry i mały spacer pod skałki, gdzie mogłem powspinać się na żywca. Najedliśmy się na zapas, przygotowaliśmy wszystko do wyjścia w góry i czekaliśmy na rozwój wypadków.

Według planu powinniśmy wyjść z hotelu o 12, udać się na starą kolejkę górską i podjechać nią na górę. Tak też uczyniliśmy. Następnie przesiedliśmy się na kolejkę krzesełkową, a po zejściu z niej wsiedliśmy na ratraki, które zawiozły nas pod same drzwi do naszego schronu. Po raz kolejny możecie przeczytać o masie ułatwień, jakie nas spotkały dzięki podróży z Adventure24. Dla wygodnych, bądź zarobionych to wspaniała opcja, bo dzięki aklimatyzacji na Kazbeku mogliśmy darować sobie żmudne podchodzenie z samego dołu na szczyt Elbrusa. O wejściu sportowym nie mogło być mowy, co mnie osobiście gryzło, bo nie uważam się za zdobywcę, czy  kolekcjonera gór. Kolejnym udogodnieniem na jakie mogliśmy sobie pozwolić, oczywiście za dopłatą było wjechanie ratrakiem pod Skały Pastuchowa. Koszt takiej przyjemności to marne 100 euro. Cała ekipa bez wahania zgodziła się na tę przejażdżkę. Jedynie ja się wyłamałem i z wielką chęcią chciałem się zmierzyć z wydłużonym spacerem. Było mi trochę niezręcznie, bo przez to musiał iść ze mną rosyjski ratownik, aczkolwiek wyszedłem z założenia „płacę – wymagam” i pozbyłem się wszelkich wątpliwości. Kolejnym ułatwieniem zapewnionym przez organizatorów były kucharki, które zapewniały nam pożywienie przez cały nasz pobyt w schronie. Co prawda zostawiało dużo do życzenia, jednak była to wielka oszczędność czasu. Po wczesnej kolacji o 18 udałem się do łóżka, bo o 22 musiałem stawić się z powrotem w kuchni na dość wczesne śniadanie. Praktycznie nie spałem, tylko przewracałem się z boku na bok. Chwilę przed 10 zgarnąłem cały swój sprzęt i poszedłem w umówione miejsce. Wiatr dął z całych sił, niebo było przysłonięte chmurami i szczerze mówiąc nie wyglądało to obiecująco. Drzwi do kantyny otworzył mi Tomek. Pierwsze, co usłyszałem było: „ To nie jest pogoda na sportowe wyjście.” Ze smutkiem przyznałem mu rację, jednak zachęcił mnie do zjedzenia czegoś i czekania na rozwój wypadków. W tym czasie nie było w środku wielu osób, a o 22:30 doszedł do nas mój nowy partner. Było dość groteskowo, bo on „ani be, ani me” po angielsku, a ja po rosyjsku co najwyżej „haraszo”. Zbliżała się godzina wyjścia i wiatr jakby ustał. Dawaliśmy sobie 50% szans na powodzenia, a lider widząc moją zawziętość z niechęcią zgodził się na nasze wyjście. Do tej pory jestem mu mega wdzięczny. Ledwo wyszliśmy znowu rozpętało się piekło. Idąc, myślałem sobie, że to właśnie ten rodzaj wspinaczki i poznawania granic własnych możliwości na jaki liczyłem. Szliśmy szybko, parliśmy w górę jak natchnieni, jednak silne podmuchy wiatru stopowały nas i musieliśmy się przed nimi osłaniać. Po 2 godzinach doszliśmy do Skał Pastuchowa, gdzie nasza ekipa wjechała już ratrakami i ubierali uprzęże. Dla nas była to chwila na herbatę i przekąski. Wiatr nieustannie nas wychładzał, stąd też bardzo szybko zrobiło mi się zimno. Całe wygenerowane ciepło podczas podejścia poszło w siną dal. Po kilku minutach odpoczynku ruszyliśmy w górę już całym składem. Szedłem krok w krok za Asią, mniej więcej w środku stawki. Tempo było dość wolne, a wiatr, który wiał z naszej lewej strony był nie do zniesienia. Meteo w ogóle się nie sprawdziło i dygocząc z zimna powoli sunęliśmy do góry. Pierwszy postój był przy opuszczonym ratraku. Ludzie wyciągali termosy i ogrzewacze, co niektórzy mieli w ogóle problem, aby je otworzyć. Narastało zdenerwowanie. Tomek ciągle powtarzał, że pogoda jest bardzo zła i jeśli tak dalej pójdzie będziemy musieli zawrócić. Na ten moment ruszyliśmy jednak w górę. Znowu to samo. Parę kroków i pauza. Parę kroków i pauza. Ni jak nie szło się rozgrzać. Nie pomagało zginanie palców, czy przyspieszone oddechy. Kolejny przystanek mieliśmy na wysokości 5150m.n.p.m. Tam nasz lider podjął nieodwołalną decyzję. WYCOF. Nie było najmniejszego sensu, by iść dalej. Pogoda ani trochę się nie poprawiła, a wiatr wciąż wiał z siłą niemal 70km/h. Wielu naszych ludzi było mocno wychłodzonych. To nie był odpowiedni dzień na atak szczytowy. Razem z nami zawróciły praktycznie wszystkie ekipy. Można powiedzieć, że daliśmy im dobry przykład. Góra nie była dla nas łaskawa. Do schronu wróciliśmy koło 7. Matka natura wynagrodziła nam nasze niepowodzenie pięknymi widokami o wschodzie słońca. Oglądaliśmy się za siebie i z żalem spoglądaliśmy na Elbrus. Niestety, nie tym razem. O 9 zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy sprzęt i zjechaliśmy na dół. Z uczuciem niedosytu, smutku i braku spełnienia. Koniec końców góra mimo wszystko poczeka, a my wróciliśmy na dół w dobrej formie i bez uszczerbku na zdrowiu. Podjęcie decyzji o wycofie to chyba najcięższa rzecz w górach, dlatego wyrazy uznania należą się całej ekipie, a w szczególności liderowi – Tomkowi Kobielskiemu, który realnie ocenił zagrożenie i nasze szanse na wejście i podjął jedyną słuszną decyzję.

Cały dzień spędziliśmy na lizaniu ran, jedzeniu i piciu. O 6 rano kolejnego dnia spakowaliśmy się do busów i ruszyliśmy w drogę powrotną. Była środa, a nasz samolot odlatywał dopiero w sobotę. Mieliśmy więc kilka dni wolnego, by dokładnie zwiedzić Tbilisi. Cała ekipa miała okazję skorzystać z wycieczek fakultatywnych, my z Grażyną jednak z nich zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy spacerować po stolicy Gruzji na własną rękę. Miasto magiczne, pełne różnorodności i ciekawych miejsc. 3 dni to wystarczająco długi czas, by zobaczyć wszystko na miejscu, więc jest to nawet dobra opcja na przedłużony weekend. Po 16 dniach nasza przygoda dobiegła końca, pożegnaliśmy się z poznanymi ludźmi i każdy ruszył w swoją stronę. Wielkie podziękowania dla całej ekipy, słowa uznania dla Jadzi i Tomka za wielką wiedzę, doświadczenie i cierpliwość. Do zobaczenia na szlaku!