Letni kurs tatrzański, czyli jak zostałem taternikiem

Letni kurs tatrzański, czyli jak zostałem taternikiem

Wyszło dość spontanicznie. Siedząc w tak płaskim kraju, jak Dania nie jest łatwo o działalność górską. Moja ograniczała się do treningów na sztucznej ściance w Blocs&Walls, jeden wypad na Grossglockner, a także zimowy wyjazd do Zakopanego. Coś we mnie pękło właśnie po powrocie z Austrii. Grażynka już od dłuższego czasu namawiała mnie na powrót do Polski, tłumacząc to na każdy możliwy sposób. Ja uparty osioł nie chciałem słuchać… Prawda jest jednak taka, że rzuciłem fajną pracę w Kopenhadze, która koniec końców nie dawała nam szczęścia. Nasze szczęście było gdzie indziej. Było w górach. I nigdy żadne pieniądze, fajne mieszkanie, czy coś w tym stylu nie jest w stanie zastąpić tego, co sprawia Wam prawdziwą radość. Decyzja podjęta, wracamy do kraju. Do naszych bliskich i naszych pasji. Tyle wstępu, przechodzimy do kursu.

Dla odmiany moją instruktorką została Asia Piotrowicz, moja górska Matka Chrzestna. To u niej w Lądku pierwszy raz zawisłem w uprzęży, to ona uczyła mnie chodzić w rakach pod Murowańcem. Ostatecznie to znowu ona miała mnie nauczyć tajnej sztuki taternickiej… Cały kurs trwa niespełna 2 tygodnie. Spotykamy się w Betlejemce, czyli Centralnym Ośrodku Szkolenia w niedzielę rano, a cała nauka ma nam zająć 10 zajęć w terenie plus teoria. Mając na uwadze to, że pogoda o tej porze roku w Tatrach nie do końca bywa łaskawa trzeba mieć tych parę dni zapasu, by ze wszystkim się wyrobić. Początkowo poza mną z zamiarem nauki zjawiła się Basia, sympatyczna Góralka, która bardzo szybko w górach stała się Zofią. Spotkaliśmy się z  naszą Instruktorką bladym świtem, zabraliśmy od niej szpej i ruszyliśmy na Halę Gąsienicową. Ciężar plecaków nas przytłaczał, w końcu nieśliśmy cały swój dobytek na najbliższe 2 tygodnie i cały górski sprzęt. Droga, która zazwyczaj zajmuje nam koło godziny tym razem ciągnęła się w nieskończoność. Do schroniska dotarliśmy po ponad 2 godzinach, cali obolali i zmęczeni. Byłem przekonany, że to koniec trudności na dziś. Jak bardzo mogłem się mylić, przecież to nie wczasy. Już po godzinie byliśmy na szlaku, który prowadził w stronę Granatów. Na pierwszy ogień poszła droga o nazwie Środkowe Żebro na Skrajnym Granacie, dość łatwa i przyjemna, bardzo wskazana na tym etapie kursu, służąca głównie zapoznaniu się i przypomnieniu podstawowych zasad działalności w skale. Towarzyszyła nam wyśmienita pogoda, wspinało się całkiem nieźle i mimo kilku błędów i mojego pierwszego odpadnięcia w dobrych humorach wróciliśmy na dół. Szybkie rozpakowanie i do łóżka. Kolejnego dnia mieliśmy zrobić Płytę Lerskiego, jednak po dojściu do ściany musieliśmy zawrócić, bo zaczęło padać. Później Pani Piotrowicz poinformowała nas, że postanowiła połączyć nas kurs z kursem Jacka Czecha, doświadczonego himalaisty, do którego przyjechał tylko 1 kursant, bo drugi miał lęk wysokości… W Betlejemce mieliśmy ponad 2 godzinny wykład o budowie i sensie stanowisk, narobiliśmy zdjęć i notatek. Wtedy też poznaliśmy Konrada, prawdziwą oazę spokoju z Ząbek. Od teraz nasza wataha miała liczyć 3 kursantów i 2 instruktorów, co było dość fajnym połączeniem. Wieczorem szybko do łóżka, bo we wtorek miał być prawdziwy hardcore, pobudka o 3 i wyjście na Załupę H, by uniknąć zapowiadanej później burzy. Jak się umówiliśmy tak zrobiliśmy, o czasie wyszliśmy na spotkanie z przeznaczeniem. Od początku wszyscy mieliśmy złe przeczucia, bądź morowe humory. Nasza droga znajdowała się na Kościelcu, dojście zajęło nam koło 1,5 godziny i zwarci i gotowi stanęliśmy do walki. Tym razem mieliśmy wspinać się zespołach dwójkowych. Zofia miała prowadzić wszystkie wyciągi, czyli zakładać przeloty i budować stanowiska, Asia szła za nią i wszystko kontrolowała. Ja z Konradem szliśmy za nimi, zmieniając się co wyciąg na prowadzeniu. Było bardzo ślisko i nieprzyjemnie. Wszyscy współczuliśmy Basi, która musiała się użerać z trudnościami tej przeklętej drogi. Niestety już na pierwszym wyciągu poślizgnęła się i zleciała w dół dobre 2 metry. Z mojej perspektywy wyglądało to dramatycznie, bardzo nie lubię widoki lecącego partnera w dół… Koniec końców nic jej się nie stało, przeloty zadziałały, otrzepała się i ruszyła dalej. Na kolejnym wyciągu zleciał Konrad. Już miał się wpinać w dość łatwym terenie, wydałem mu luz, by nie ograniczać jego ruchów, a on poślizgnął się 20 cm od przelotu. Szliśmy na dwóch połówkowych linach, które są dość dynamiczne, do tego doszedł luz i daleki wcześniejszy przelot i Konrad odpadł na prawie 3 metry. Na szczęście była to załupa i zamiast długiego lotu sturlał się w dół. Wszystko wyglądało równie źle, jak w przypadku Basi. Pozdzierane dłonie, zakrwawiona kostka. Z twarzy mojego partnera można było wyczytać wielki ból i cierpienie. Okazał się prawdziwym kozakiem i mimo całego nieszczęścia postanowił wspinać się dalej. Doszliśmy do końca drugiego wyciągu i zrobiliśmy szybki przegląd. Zofia, która jest studentką na Uniwersytecie Medycznym w Krakowie zajęła się pierwszą pomocą, a my zastanawialiśmy się co dalej. Mając na uwadze coraz większy ból i nadciągającą burzę. To była świetna decyzja, bo mobilność Konrada była coraz gorsza, każdy kolejny krok na ścieżce sprawiał mu ból. Żeby tego było mało, gdy zaczęło na dobre padać nasza przyszła Pani Doktor poślizgnęła się i upadła na dłoń. Wybity palec i kolejna porcja cierpień dla naszego zespołu. Zgłosiliśmy się do Toprowców i dzięki szybkiej akcji ratunkowej, a także nieocenionym rodzicom naszej Góralki moi przyjaciele szybko znaleźli się pod opieką lekarzy. Nie byliśmy dobrej myśli, początkowo zastanawialiśmy się nawet nad końcem naszej górskiej przygody. Wyszło inaczej. Moi kamraci pokazali niesamowity hart ducha i nadludzką wytrzymałość na ból. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Następne 2 dni spędziliśmy na leczeniu ran, powtarzaniu teorii i poznawaniu się nawzajem. Ja dodatkowo postanowiłem pobiegać i poćwiczyć. Na domiar pecha pierwszego dnia wspinaczki zepsuł mi się Iphone ( NIE POLECAM W GÓRY) i musiałem zamówić sobie nowy telefon, po który musiałem zbiec na dół. 14 lipca wyszliśmy do tzw. Laboratorium, gdzie ćwiczyliśmy autoratownictwo. Jest to ciężki kawałek chleba i jak nam powiedziała Asia, głównie instruktorzy mają sobie wszystko przypomnieć, bo świeżych taterników, takich jak my akcje ratunkowe niekiedy mogą przerosnąć. Z ciekawostek dowiedzieliśmy się, że na swoim kursie nasza Instruktorka sama musiała przeprowadzać akcję ratunkową, bo na prowadzeniu odpadł jej prowadzący. Niezły kosmos. Po 3 dniach posuchy, teorii i leczenia ran ruszyliśmy do góry. Znowu na cel obraliśmy Płytę Lerskiego i tym razem udało nam się ją pokonać. Poszliśmy za ciosem i ruszyliśmy na Grań Kościelców, by zakończyć dzień zjazdami. Poruszaliśmy się dość wolno, ale za to cały czas do przodu. Nauczeni złymi doświadczeniami bardzo uważaliśmy na każdym kroku i doskonale się asekurowaliśmy.  Wykorzystaliśmy nasz zapas dni wolnych, więc nie było mowy o odpoczywaniu, czy złej pogodzie. Ta spotkała nas przed kolejnym wyjściem. Przeszywające zimno i mocno ograniczona widoczność. Udaliśmy się na Prawe Żebro na Skrajnym Granacie. Mimo, iż znaliśmy sposób dojścia, ja czułem się, niczym dziecko we mgle. Dosłownie. Nawet to dziecko się zgadza. Ślisko, zimno i ciemno. To była najtrudniejsza z dotychczasowych wspinaczek w moim życiu. Kolejny raz trwało wszystko w nieskończoność, a niesprzyjające warunki jeszcze mocniej potęgowały wszystkie złe odczucia. Na drodze spotkaliśmy naszych starych znajomych – chłopaków z TOPRu. Przeszli, jak burza w zespole dwuosobowym, wyprzedzając nasz powolny tramwaj. Poczekali na nas na górze i pokazali drogę powrotu na ścieżkę. Absolutnie fajni goście. Robią niesamowitą robotę i mają do tego ogromną pasję. Mega szacunek. Ostatnie 2 drogi, które pokonaliśmy w Tatrach były obok siebie. 1 dnia zrobiliśmy „Setkę”, a zaraz po niej „101”. Mieliśmy okazję sami szukać dojścia do wyciągów, co jest równie ważne, co sama wspinaczka, a może i ważniejsze. Nie zrobisz drogi, jeśli jej nie znajdziesz. Proste! We wtorek wieczorem zebraliśmy wszystkie nasze graty i zeszliśmy na dół. Dzięki uprzejmości Zofii i jej rodziny mogliśmy przespać się w jej cudownych włościach. Najlepiej podsumowała nas jej Mama, która stwierdziła, że wyglądamy i pachniemy, jak 100 nieszczęść. Ważne, jak w środku byliśmy szczęśliwi. Następnego dnia mieliśmy spotkać się z samego rana z Jackiem Czechem, który miał nas przejąć i zabrać na Słowację. Nasz czas z Panią Instruktor Joanną Piotrowicz dobiegł końca, a my spakowaliśmy się w samochód i udaliśmy się na słowacką stronę Tatr. Mieliśmy tam spędzić 2 noce pod gołym niebem, prawdziwy i pierwszy biwak w moim życiu. Z wypchanymi plecakami, pełni obaw udaliśmy się pod Galerię Osterwy. Instruktor kolejny raz sprawiał niesamowite wrażenie, wiedza i doświadczenie emanowały od niego na każdym kroku. To cudowna sprawa, że w tak krótkim odstępie czasu mieliśmy okazję uczyć się od tak dobrych Nauczycieli. Pod Galerię Osterwy dotarliśmy koło 18, a już o 19 rozpoczęliśmy wspinanie. Na pierwszy ogień poszedł Polski Komin, uporaliśmy się z nim dość sprawnie, by po 2 godzinach zacząć urządzać nasze nowe lokum. Opatuleni śpiworami, kurtkami, a także wszystkim co dało się ubrać poszliśmy spać. Pierwsza noc pod gołym niebem nie była usłana różami, wierciliśmy się i nie mogliśmy zasnąć. Najważniejsze, że było dość sucho i nikt za bardzo nie zmarzł. Pobudka o 7, a o 8 zaczęliśmy wyciągi na drodze Dieska-Kockova. Tam po pokonaniu trudności na 2 wyciągu, gdy byłem bliski założenia stanowiska poślizgnąłem się na trawie. Zleciałem i pozdzierałem sobie kostki, zalała mnie krew. Jacek upomniał mnie, że najważniejsza jest koncentracja, szczególnie w łatwych miejscach, bo tam najłatwiej o nieszczęście. Zeszliśmy na dół, zjedliśmy i mieliśmy wykład na temat topografii. Żeby zostać dobrymi taternikami, poza umiejętnościami czysto wspinaczkowymi musimy posiąść niezbędną wiedzę. Później spotkał mnie nie lada zaszczyt. Pan Czech zaproponował mi wspólne wspinanie, podczas gdy moi przyjaciele mieli odpoczywać i leczyć rany przed ostatnim dniem kursu. Nie jestem do końca pewien, ale prawdopodobnie zrobiliśmy Drogę Dieski, urozmaiconą o przewieszke na ostatnim wyciągu. Zamiast trawersować w lewo, Jacek – mistrz Polski we wspinaczce postanowił przejść prosto w górę. Do tego momentu szedłem, jako drugi i szło mi całkiem nieźle, ale to miejsce po prostu mnie zabiło. Byłem przekonany, że tam zostanę na wieki i będzie wielka kicha. Nie mogłem sobie na to pozwolić, zaparłem się w sobie i resztką sił dźwignąłem się na przelotach. Po zakończeniu wspinania byłem w stanie wydusić z siebie tylko jedną rzecz. „Jacek, za przeproszeniem. Jesteś pierdolonym mistrzem.” Zajechany, jak koń po westernie zszedłem do podstawy ściany. Zjadłem, umyłem zęby i o 20 położyłem się spać. Nie miałem siły się odezwać. Pobudka o 3, o 4 wbijamy się w ścianę na drogę Paulin-Kracalik. Konrad świetnie poprowadził wszystkie wyciągi, przeszliśmy sprawnie i już po 9 mogliśmy wracać do Zakopanego. W drodze mieliśmy jeszcze genialny wykład na temat wspinaczki, moralności i zasad panujących w górach. Cały kurs zakończyliśmy samochodowym egzaminem z graniówki. Basia zdała celująco, a jej „świnia goni gąsienicę” do tej pory dźwięczy mi w uszach. Dojechaliśmy pod siedzibę TOPR, zostawiliśmy sprzęt, dostaliśmy zaświadczenie o ukończeniu kursu, a także wykaz przejść. Pożegnaliśmy się z Panem Jackiem i udaliśmy na pożegnalną kawę do Zofii.

To był niesamowity czas. Taki ogrom wiedzy i doświadczeń jest niezbędny każdemu, kto na poważnie myśli o działalności górskiej. Ludzie, których spotkałem w górach okazali się bratnimi duszami, Betlejemka miała swój niepowtarzalny klimat. Jedzenie, picie, sposób życia, wszystko to jest idealną definicją górskiego życia. Nauczyciele, którzy nam towarzyszyli podczas naszych pierwszych kroków w Tatrach byli fachowcami z najwyższej półki, każdy z nich przekazał nam swoją unikalną wiedzę, zadbali o nasze bezpieczeństwo i pokazali, jak należy sobie radzić w każdej zaistniałej sytuacji. Wielkie podziękowania dla mojej Górskiej Matki Chrzestnej Joanny Piotrowicz, Pana Jacka Czecha, a także Basi-Zofii i Konrada. Czas spędzony z Wami to było najlepsze, co mnie do tej pory spotkało w mojej górskiej przygodzie. Do zobaczenia na szlaku. Jesteście Wielcy.

Tutaj kilka randomowych zdjęć z naszego kursu.