Grossglockner w stylu alpejskim

Grossglockner. Pierwsze starcie.

Piątek. 26.05.2017

Budzik zadzwonił o 3:45, a my ledwo przytomni zwlekliśmy się z łóżka. Szybkie ogarnięcie i lecimy na pociąg, który zawiezie nas na lotnisko. Czule się żegnamy i każde z nas idzie w stronę swojego samolotu. Grażyna ma lot do Warszawy, ja kieruję się w stronę stolicy Austrii – Wiednia.

Lot mija dość komfortowo, poza wrzeszczącymi bachorami nie ma nic ciekawego do odnotowania. Interesująca jest za to książka, którą zabrałem w podróż „Kongres futurologiczny” autorstwa Stanisława Lema. Zdecydowanie zaliczę ją do kategorii dzieł, które ryją banię zbyt mocno…

 

Po 1,5 godzinie w powietrzu ląduję na miejscu, odbieram mój skromny bagaż i dzwonię do Sabiny, mieszkanki Berlina, która wraz ze mną wybiera się na Grossa. Reszta ekipy zajeżdża po nas koło 10:30 i już w pełnym składzie podróżujemy w stronę miejsca docelowego. Na parkingu u podnóża najwyższej góry w Austrii jesteśmy koło 18, pierwotny plan zakładał szybkie przepakowanie i wymarsz w stronę pierwszego, a może i drugiego schroniska.

Po dosłownie paru krokach, tuż obok szlabanu napotykamy samotnego Polaka schodzącego w kierunku auta. Usłyszawszy ojczysty język postanowił do nas zagadać, równocześnie informując nas o totalnej bezsensowności naszego pomysłu. Co się okazało? Oba „Winter roomy” są oblegane przez turystów, takich jak my i nie ma najmniejszych szans na to, abyśmy znaleźli tam dach nad głową. Jedyną możliwością byłoby spanie w śpiworach pod gołym niebem, co nie do końca spełniało nasze oczekiwania… Nasz przewodnik zadecydował, że wyruszymy jutro o świcie. Zespół silniejszy w składzie: moja mama Ania, Kasia i ja zaatakuje prosto na szczyt, a drugi zespół poczeka do jutra w schronisku Studlhutte na wysokości 2802m.n.p.m. Przed wyjazdem spodziewałem się totalnie łatwego podejścia na 2 razy, pełen luz, relaks i cykanie fotek. Gdy dowiedziałem się o naszych ambitnych planach czysto alpejskiego wejścia mina odrobinę mi zrzedła. Pomyślałem wtedy: „Kurde, będzie hardcore. Ale jeśli marzą mi się Himalaje i inne szczyty świata, to taki jednodniowy atak na Grossa na początek mojej przygody z wysokimi górami to świetne przetarcie…”

Przepakowaliśmy plecaki, zostawiliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i po kolacji udaliśmy się prosto do łóżek. Dzień był męczący, my niewyspani, a budziki nastawione na 4:00.

 

Sobota 27.05.2017

Wstajemy zgodnie z planem, jemy i szykujemy się do wyjścia. 5:15 jesteśmy już na szlaku. Początkowo podejście jest bardzo łatwe, pogoda wręcz wymarzona, my pełni nadziei i wigoru. Robimy przerwy co godzinę na uzupełnienie płynów i małe przekąski, podziwiamy widoki i kręcimy relacje na Instagramy…

Po około 2 godzinach wychodzi Słońce i robi się momentalnie gorąco. Smarujemy twarze kremem z filtrem ZIAJA SPF 50 (kryptoreklama) i zakładamy okulary. To bardzo ważne żeby w górach chronić się przed działaniem promieni słonecznych, gdyż mogą one powodować ślepnięcie, a także poparzenia skóry. Stąd nieodzownym towarzyszem wspinaczki powinna być najlepsza firma w Polsce – Ziaja <3

Po 3 godzinach z hakiem dochodzimy do Studla, jak to pieszczotliwie nazwaliśmy pierwszy poważny przystanek na naszej drodze. Sabina, Krzysiek i Dominik zostają tu do jutra. My natomiast jemy, pijemy, sprawdzamy sprzęt i o godzinie 9:00 ruszamy w kierunku szczytu.

W tym miejscu zakładamy już raki, ponieważ całą dalszą drogę będzie towarzyszył nam zalegający śnieg. Po około 30’ marszu wiążemy się liną w celu uniknięcia zagrożenia wynikającego ze spacerów po lodowcu. Nikt nie chciałby wylądować w szczelinie. Tempo naszego marszu trochę spadło, energii nie było już tyle, co parę godzin temu. Nachylenie stoku natomiast zaczyna się zwiększać i idzie się już coraz ciężej. Gdy w końcu wyszliśmy z tego niekończącego się podejścia naszym oczom ukazało się coś równie dobrego, pełna wspinaczkowych trudności droga do schroniska nr 2 na naszej drodze Erzherzog Johan Hutte na wysokości 3454m.n.p.m. Tutaj odpoczywamy kolejne pół godziny, ja nawet chwilę się zdrzemnąłem, zjadłem i po krótkiej kąpieli słonecznej byłem gotów atakować szczyt.

Według planu dojście na szczyt miało nam zająć koło 2/3 godzin, powyżej nas poza bardzo łatwym podejściem znajduje się niemalże pionowa rysa, a powyżej niej wejście wspinaczkowe na małego Grossa, siodło i sam szczyt. Najśmieszniejsze w górach jest pokonywanie wysokości. Prowadzący mówi nam: jeszcze 100metrów w pionie do szczytu. Myślisz sobie: „ 100 metrów to ludzie są w stanie przebiec w 10 sekund. Ciekawe ile nam to zajmie?” Wiecie ile zajmuje? Czasami godzinę, czasami dłużej. O Godzinie 15:30, po 9 i pół godzinach na szlaku dochodzimy wreszcie na szczyt.

Parę fotek, filmików, relacji na nasze Social Media, bo jesteśmy Social Ninja i wracamy na dół. Droga powrotna jest często dużo trudniejsza, niż ta na górę. Przekonało się o tym już wielu doświadczonych wspinaczy. Około ¾ wypadków miało miejsce właśnie podczas schodzenia ze szczytu… Nauczeni cudzymi nieszczęściami zachowujemy pełne skupienie, ostrożnie stawiając każdy krok. Mimo to na słynnym siodle trochę zjechała mi noga, a ja zacząłem się osuwać w dół. Byłem jednak na to przygotowany i czekan miałem w gotowości. Mama nie szczędziła mi ostrych słów, bo bała się o moje zdrowie, jednak szybko wdrapałem się z powrotem i mogliśmy kontynuować nasze zejście. Słońce schowało się gdzieś za górami i temperatura momentalnie spadła. Nasze moralne wraz z nią. Czym prędzej chcieliśmy znaleźć się już na dole, głodni i spragnieni dotarliśmy do Herzoga, jak nazwaliśmy ostatni bastion przed szczytem. Tam pełno ludzi, namioty rozstawione, trwa biesiada. My mieliśmy w głowie jak najszybszy posiłek, napój i kontynuowanie naszej pielgrzymki. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy i po chwili znowu sunęliśmy w dół. To był ostatni trudny fragment naszej wędrówki, gdzie musieliśmy zachować 100% ostrożności. Nogi odmawiały nam już posłuszeństwa, jednakże niestrudzeni parliśmy w stronę bazy wyjściowej. Słońce kończyło również swoją wędrówkę po niebie, strzeliliśmy ostatnie fotki w jego blasku, korzystając z tak zwanej golden hour…

 

Gdy dotarliśmy w końcu do Strudla, nasi kompani już tam na nas czekali. Przynieśli rzeczy, które zostawiliśmy rano, napoili nas i nakarmili. Łyknęliśmy po kieliszku Pigwówki i zebraliśmy się na ostatnie 2 godziny marszu na parking. Zaczęło się poważnie ściemniać, musieliśmy wyjąć czołówki i w totalnych ciemnościach trafić do hotelu. Po 17 godzinach walki z przeciwnościami losu, wysokością i zmęczeniem dotarłem prosto do lady baru. Kuchnia była już niestety nieczynna, ale zimne pszeniczne piwko urocza pani barmanka raczyła nam nalać. Na co dzień nie pijam takich specjałów, a tego dnia czułem się jakbym pił ambrozję prosto z boskiego pucharu. Niewątpliwie wejście i zejście na szczyt Grossglocknera to sukces i będę się nim szczycił do końca swojego życia.

Niedziela minęła nam pod znakiem relaksu, opalania i moczenia nóg w strumieniu. Ogólne zmęczenie organizmu, znużenie i gorsze samopoczucie dawały się we znaki, trudno jednak spodziewać się, że po takim wysiłku wszyscy będziemy czuć się, jak młodzi bogowie. Z celów osobistych udało mi się skończyć książkę, o której wcześniej wspominałem, a także spiec się na Indianina z rezerwatu przyrody w Stanach Zjednoczonych…

W końcu o godzinie 22:00 nasi kompani zeszli na parking, gdzie czekało na nich piwo i pożywne żarcie. Głodni, wymęczeni, ale również uśmiechnięci i spełnieni spałaszowali wszystko, co dla nich przygotowaliśmy i rozpoczęliśmy pakowanie. Z racji zmęczenia całej naszej grupy, a w szczególności atakujących dnia drugiego to mi przypadł zaszczyt prowadzenia busa, aż do Wiednia. W trakcie jazdy wydarzyła się rzecz, która najbardziej podniosła nam ciśnienie podczas całego wyjazdu. Jakiś gość zasnął za kierownicą, a jego samochód sunął prosto w naszą stronę. Dałem ostro po hamulcach, zatrąbiłem i koniec końców wyszliśmy z tego cali. Nie potrzebowałem już kawy, aż do samej stolicy Austrii… Na miejscu przekimałem się 1,5 godziny i wraz z Sabiną poznawaliśmy uroki tego magicznego miasta. Najbardziej interesowała mnie kawa, zrobiłem degustację chyba w 5 miejscach i muszę wam przyznać, że wszędzie espresso smakuje równie dobrze. O godzinie 20:20 lot powrotny do Kopenhagi i tak kończy się ta przygoda. Serdecznie polecam wszystkim amatorom wspinaczki.

Wielkie słowa uznania dla towarzyszów podróży i naszego przewodnika, który wprowadził wszystkich na szczyt. To była szczęśliwa i pełna sukcesu wyprawa, a ludzie, których poznałem zapadną mi w pamięć do końca życia. Łapcie fotki, a na resztę relacji zapraszam na nasz Instagram – Showtime Mountains.