Początek sezonu, czyli pierwsze szczyty przed nami

Sezon letni zbliża się wielkimi krokami, więc i nasze przygotowania nabierają coraz większego rozpędu. Pierwszy nasz cel to Grossglockner, najwyższy szczyt Austrii. Oto, co mówi o nim Wikipedia:

„najwyższy szczyt Austrii o wysokości 3798 m n.p.m. Znajduje się w Glocknergruppe, podgrupie górskiej Wysokich Taurów, części Alp Centralnych. Drugi co do wybitności szczyt Alp (MDW: 2423 metry). Wznosi się ponad lodowcem Pasterze, do którego prowadzi droga samochodowa (w zimie zamknięta) – odgałęzienie przebiegającej obok drogi glocknerskiej (niem. Bruck Heiligenblut). Stopień trudności najłatwiejszej drogi na szczyt określany jest na PD+ (PD = fr. peu difficile – nieco trudno). Wierzchołek główny pierwszy raz zdobyty został 28 lipca 1800 roku.

Na charakterystyczny kształt szczytu (przypomina on piramidę) składają się dwa wierzchołki – Großglockner oraz Kleinglockner. Rozdziela je mała, wąska przełęcz nazywana Glocknerscharte.

Na szczycie znajduje się krzyż o masie 350 kg, zwany cesarskim (Kaiserkreuz). Ustawiony został w 25. rocznicę ślubu Franciszka Józefa I z Elżbietą Wittelsbach (Sissi). Krzyż wniesiony został na szczyt w częściach i tam zmontowany. W 2000 r. poddano go renowacji.”

Tyle w ramach encyklopedycznych mądrości, które znaleźć można praktycznie w każdej relacji „ZE ZDOBYWANIA SZCZYTU”.  Wysokość nie robi może jakiegoś piorunującego wrażenia, nie ma potrzeby aklimatyzacji do warunków panujących na samym szczycie. Powietrze będzie już dość rozrzedzone, a oddychanie zupełnie inne, niż na poziomie morza, ale tego właśnie się spodziewamy. Ekipa z Polski wyrusza w czwartek 25. maja, a ja mam lot z Kopenhagi w piątek rano. Zgarniają mnie z lotniska i jedziemy w miejsce docelowe.  Na wejście zarezerwowaliśmy sobie 3 dni, czyli jest jeden dzień zapasu w razie, jak to się mówi: „niesprzyjających warunków atmosferycznych”. Szykuje się klasyczne wejście w stylu alpejskim, czyli sprawnie, szybko i do domu. Nie spodziewam się jakichś wyjątkowych problemów na szlaku, jednak wiadomo, że do każdej góry należy podchodzić z respektem i ciągle być skoncentrowanym. Dla potwierdzenia owej tezy przytoczę śmieszno-straszną anegdotkę, gdy podczas spaceru wokół Morskiego Oka, prawie urwałem nogę, bo rozkojarzony zapatrzyłem się w taflę jeziora zamiast pod nogi. Zleciłem w dół dobre pół metra, a Asia zaczęła krzyczeć z przerażenia. Wszystko skończyło się dobrze, złego diabli nie biorą i poza kilkoma obtarciami w sumie nic mi nie było. Cała sytuacja utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że nie można lekceważyć żadnej trudności nie można lekceważyć. No i ogólnie SAFETY FIRST!!! Na wyjazd zabieram ze sobą kamerkę GoPro i jeśli uda mi się nauczyć jej obsługi postaram się coś sensownego z tego skleić. Najsmutniejsze w całym naszym słodkim zamieszaniu jest fakt, że Asia nie może wziąć udziału w tej wyprawie. W tym czasie leci do Polski, będzie ogarniać wszystkie swoje sprawy pro zdrowotne i inne takie… Dobrą (niedobrą, zobaczymy) informacją jest ta, że jadę na Grossa wraz z Mami, więc nasz wyjazd można roboczo nazwać Mami i Synek. Czyli operacja MAMISYNEK. Liczę na to, że się nie pozabijamy…
Co do przygotowań:
Poza codzienną jazdą na rowerze, siłownią przeplataną ze ścianką wspinaczkową dołożyłem do swojego rozkładu jazdy poranne bieganie, bądź zabawę na schodach. W rozkładzie tygodniowym wygląda to mniej więcej następująco:
Poniedziałek: budzik nastawiam na godzinę 6:15, szybka poranna toaleta i wybiegam z domu. Wracam, piję kawę i wsiadam na rower. Do pracy dojeżdżam koło 8:40, szybki prysznic, śniadanie i do godziny 17 mnie nie ma. Posiłki jem w trakcie, a także po pracy, skąd wracam na kawkę do domu i startuje na siłownię.

Wtorek: pracę zaczynam tym razem o 8:00, stąd nie ma mowy o porannym bieganiu, po pracy jadę prosto na ściankę wspinaczkową, tego dnia wydolność poprawiam głównie na rowerze, w zależności od zmęczenia robotą, czy skałkami reguluję sobie długość trasy za pomocą pociągów…
Środa: znowu budzik na 6, znowu poranny rozruch. Tym razem są to schody, reszta dnia wygląda podobnie jak przy okazji poniedziałku. Rowerem do pracy i z powrotem, wieczorem wjazd na siłkę.

Czwartek: dzień zaczynam od rozbiegania, dom-praca-dom, po południu siłownia i relaks do końca dnia.

Piątek, piąteczek, piątunio! Pracuję od godziny 8, a zmiana jest krótsza o błogosławione 30 minut i już o 15:30 mogę jechać na skałki. Sam dojazd zajmuje mi tam w okolicach 1 godziny 15 minut, to samo droga powrotna.
WEEKEND!!!! Idealny, wyglądałby następująco:
Sobota: rano rozbieganie, po południu siłka.
Niedziela: rowerem na skałki, a potem cały dzień restu.
Niestety. Nikt nie jest idealny, o dziwo również i mi zdarzają się jakieś ustępstwa od normy. Takimi odstępstwami są praca w weekend, zmęczenie organizmu lub inne dodatkowe atrakcje. Teraz dla przykładu miałem cały weekend pracujący, więc odpuściłem sobie wyjazd na skałki, skupiłem się jedynie na bieganiu, schodach i siłowni. W następny weekend natomiast, lecimy z Grażą zobaczyć kawałek świata do stolicy Norwegii – Oslo.
Co do mojej drugiej połówki: bardzo istotny fakt do odnotowania jest taki, że niesamowite cuda wyczynia w kuchni <3 Każda jej kolejna potrawa jest coraz bardziej wyszukana i w momencie, gdy myślę sobie „lepiej nie da się już gotować” Asia wynajduje kolejną pyszność. Sam sobie zazdroszczę życia z TAKO BABOOO… Zachęcam do zaglądania do naszych mediów społecznościowych, zarówno tych personalnych, jak i na SHOWTIME MOUNTAINS. Znajdziecie tam masę ciekawych zdjęć, przykłady potraw, a także nas samych, co samo w sobie powinno wystarczyć… *żart.

Na koniec garść przemyśleń dotycząca bieżących spraw ważnych i mało ważnych w sumie też…

Z tych ważnych, najważniejszych, bo kwestia życia i realizacji marzeń zawsze będzie dla nas numero uno. Ponad miesiąc temu umarł mój ulubiony felietonista, omnibus, człowiek orkiestra. Pan Paweł Zarzeczny. Co poniedziałek pisał teksty na Weszło! i poruszał w nich wszelkie możliwe tematy: od totalnie błahych i z dupy, po mega ważne i interesujące. Najlepszy jednak tekst, jaki wyszedł spod jego pióra to felieton pod wdzięcznie brzmiącym tytułem „O udręce, czyli byciu inteligentnym”. Poniżej wklejam link i odsyłam do całości, a tutaj macie Państwo wstęp do tego świetnego dzieła.

Ładnie pan pisze” – rzeknie mi ktoś czasem, na co ja mam stałą odpowiedź: „Wiem”. Czy to jest pycha? Na pewno. Ale jeszcze pewniejszy jestem tego, że to słowo: „wiem” – od sokratejskiego wątpienia: „Oida ouden eidos”, aż po angielski pewnik: „I know”, zawsze rozróżnia ludzi. Myślących od głupich. Wrażliwych od nieczułych.

 

Czytaj więcej: http://www.polskatimes.pl/artykul/247530,o-udrece-czyli-byciu-inteligentnym,id,t.html

Sam poruszał kwestię swojej śmierci wielokrotnie. Wiedział, że zbliża się do niej z każdym dniem, mimo to wciąż skrywał się za maską beztroskiego „Człowieka Skurwiela” i jechał ze swoimi hejterami. Miał wiele racji, że rzesza ludzi doceni Go dopiero po śmierci. Z rozrzewnieniem wracam do wszystkich jego tekstów, wywiadów i rozmów z nim przeprowadzonych. Nieszablonowy, niebanalny, niepodrabialny. Ktoś ładnie podsumował Jego całą twórczość. „Messi dziennikarstwa!” Dziękuję za wszystko. Cześć Jego Pamięci.  Kolejna śmierć miała miejsce w drodze na Everest. Ueli Steck „Szwajcarska Maszyna” jeden z najlepszych wspinaczy XXI wieku. Jego tegorocznym celem miał być przełomowy trawers z Mount Everest na Lhoste. Niestety, w trakcie aklimatyzacji odpadł ze ściany i spadł lodowym stokiem. Rodzina zdecydowała, że Jego prochy zostaną już na zawsze w miejscu, które tak bardzo kochał. Niech spoczywa w pokoju.
Z tych dwóch jakże smutnych wiadomości można wysnuć, mimo wszystko pozytywne wnioski. Prawdą jest, że śmierć czeka na nas wszędzie. Czy to podczas snu, czy na najwyższych stokach świata. Prawdą jest też to, że trzeba doceniać każdy dzień, każdą chwilę daną nam od Boga i cieszyć się z niej, ponieważ nigdy nie wiemy, jaki scenariusz jest nam pisany. Zabrzmiało trochę górnolotnie i jak na mnie dość nietypowo, ale sam mocno w to wszystko wierzę. W wieku 16 lat, wydziarałem sobie na ręce łacińskie „korzystaj z życia” i towarzyszy mi to motto przez cały czas. Stąd też mój prosty przekaz na sam koniec. Bierzcie życie garściami i miejcie z niego masę radości. To najlepsze, co można sobie samemu sprawić. Do usłyszenia, cześć!