Kurs turystyki wysokogórskiej.

Kurs turystyki wysokogórskiej.

Środa 22.02.2017

Dojazd do Zakopanego minął nam w radosnej atmosferze, droga minęła nam szybko i przyjemnie. Początkowo planowaliśmy dojechać do miejsca docelowego, przepakować się i ruszać do góry. Namawiani przez Mamę jeszcze raz rozważyliśmy wszystkie plusy i minusy wieczornego wejścia do schroniska i zdecydowaliśmy się spędzić noc na dole. Korzystając z okazji wybraliśmy się na Krupówki, ale Misia niestety nie było. Klasycznie wjechał grillowany oscypek z żurawiną, Asia przekąsiła pierogi, a ja wielkiego placka po zbójecku. Obżarci i szczęśliwi wróciliśmy do hotelu, przepakowaliśmy cały sprzęt, zrobiliśmy listę i lekko zmęczeni poszliśmy spać.

Czwartek 23.02.2017

Budzik zadzwonił o 7, zjedliśmy wcześniej naszykowane śniadanie i o 8 spotkaliśmy się z dziewczynami z naszego kursu na dworcu. Wsiedliśmy do busa i podjechaliśmy do Brzezin. Czarnym Szlakiem do Hali Gąsienicowej można dojechać nawet rowerem, a my obładowani, niczym jaki powolnym krokiem ciągnęliśmy się do Murowańca. Na miejscu meldujemy się o 10:30, zrzucamy z pleców ciężkie plecaki i rozpakowujemy się. Schronisko jest wielkie, stare i ma swój niepowtarzalny klimat. W pokoju mieści się 6 osób, śpimy na piętrowych łóżkach. Przy okazji kawy i przekąsek zapoznajemy się z towarzyszami, a raczej towarzyszkami naszej przygody. Początkowo miało być 2 facetów i 4 kobiety, jednak jak się potem okazało jegomość zrezygnował, a w jego miejsce wskoczyła następna dama. Koniec końców wyszło tak, że zostałem rodzynkiem w naszej grupie i miałem swój własny harem. Jak się później okazało, bynajmniej nie było to takie łatwe i przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Grupa sama w sobie była bardzo fajna, ale sam fakt spędzenia 3 dni z tak licznym gronem pań na kilku metrach kwadratowych było nie lada wyzwaniem.

Naszą instruktorką jest moja górska Matka Chrzestna – Asia Piotrowicz, dzięki której na poważnie zacząłem się zajmować działalnością górską, o czym wspominałem już przy relacji z kursu skałkowego. Wychodzi na to, że wszystko co do tej pory umiem (albo nie umiem hahaha) to jej zasługa. Z kawki przenosimy się do pokoju, tam rozdzielamy sprzęt z depozytów i szykujemy do pierwszego wyjścia.

 

 

 

Pierwsze nauki dotyczyły obsługi detektorów, które w razie zejścia lawiny miały uratować nam życie, albo pomóc znaleźć zasypaną pod śniegiem drugą osobę. Upewniliśmy się, że wszystko działa, zrobiliśmy test naszego sprzętu i opatuleni od stóp do głów poszliśmy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Po drodze miałem problemy z rakiem, który źle wyregulowany samoczynnie odpinał się od lewego buta. Na tej wysokości nie stanowiło to wielkiego kłopotu, ale w wyższych partiach mogłoby to być niebezpieczne, a nawet zabójcze. Idąc w kierunku stawu poznaliśmy sposoby na uniknięcie lawin, bądź sposoby na zmniejszenie ich ryzyka. Kolejny etap naszego szkolenia to zjazdy i hamowanie czekanem. Próbowaliśmy zatrzymać się jadąc na tyłku, na brzuchu, na plecach, a nawet głową w dół. Poznaliśmy sposoby z użyciem sprzętu, jak i bez.

 

W międzyczasie zajadaliśmy pyszne ciastka i batony proteinowe, która Grażyna piekła specjalnie na ten wyjazd.

Na koniec zabaw nad Czarnym Stawem zrobiliśmy symulację spaceru w całkowitych ciemnościach, co udało nam się za pomocą naciągnięcia czapki na oczy i dodatkowego ich zamknięcia. Zadanie wydawało się banalnie proste. Mieliśmy zamknąć oczy i iść prosto przed siebie 60 kroków. Pierwsze metry każdy pruł pewnie przed siebie, ale po około 20 zaczynały się pewne schody. Otóż po pewnym czasie zbaczaliśmy z kursu. Wydawało nam się, że cały czas idziemy prosto, jednakże każdy skręcał i zataczał koło. Gdybyśmy szli z zamkniętymi oczami dłużej prawdopodobnie kręcilibyśmy się w kółko. Po tym pouczającym doświadczeniu wróciliśmy do bazy na kolację. Jedzenie w schronisku jest bardzo dobre i syte, co po ciężkich górskich przygodach jest obowiązkowe. Ostatnią rzeczą tego dnia jest wykład na temat sprzętu. Szybki prysznic i o 22 kładziemy się do łóżek. To był długi i wyczerpujący dzień, zasypiamy zmęczeni, ale szczęśliwi.
Piątek 24.02.2017

Dzień mieliśmy zacząć od wykładu o 9. Chwilę przed godziną zero do schroniska wpadła „Szefowa” i zakomunikowała nam nagłą zmianę planów. Zamiast siedzieć w schronisku udało nam się dołączyć do kursu lawinowego. Nasza znajomość obsługi detektorów wzrastała z każdą chwilą. Podczas zajęć praktycznych udało nam się znaleźć kilku denatów zakopanych pod wyimaginowanymi lawinami i muszę przyznać, że szło nam to dość sprawnie. Jedyny problem stanowiła kontuzja Asi, która uskarżała się na ból w pachwinach i nie mogła brać czynnego udziału w zajęciach. Mimo rakiet, które dostała od naszej instruktorki poruszanie się w głębokim śniegu sprawiało jej problemy i wszyscy zgodnie uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli trochę odpocznie. Potem i tak wszystkiego dowiedziała się podczas dalszych zajęć z teorii. Tego dnia w poszukiwaniu denatów korzystaliśmy ze sposobów takich jak: tyraliera, co jak sama nazwa wskazuje przypomina wojskową formę przeszukiwania terenu i jest możliwe przy większej ilości ludzi uczestniczących w poszukiwaniach, a także zygzak i kwadrat, z których korzystamy, gdy ilość osób biorących udział w przeczesywaniu lawiny nie jest zbyt imponująca lub zależy nam na czasie (A ZAWSZE ZALEŻY), a teren lawiniska jest dość rozległy.

Wróciliśmy do Murowańca, zjedliśmy szybki obiad i o 14 przeszliśmy do sali wykładowej. W międzyczasie w schronisku zjawił się główny bohater naszego konkursu, Adam Bielecki, a nam dosłownie opadły szczęki. W sumie to dość normalne, że w górach pojawia się gość, który po górach chodzi, ale mimo wszystko wywarło to na nas ogromne wrażenie. Początkowo chcieliśmy sobie zrobić z nim zdjęcie, jednakże było nam na tyle głupio i niezręcznie, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Nauka wiązania rozpoczęła się zgodnie z planem. Poznaliśmy wszystkie rodzaje węzłów przydatnych w działalności górskiej. Rozpoczęliśmy od klasycznego węzła, potem była kluczka, ósemka, za pomocą której wiążemy linę do uprzęży, wyblinka, pół-wyblinka, która może zastąpić przyrząd asekuracyjny, motyl alpejski, czy wajcha. Dowiedzieliśmy się również jakie odległości należy zachować w trakcie poruszania się w asekuracji lotnej, jak zbliżać się do szczeliny, a także w jaki sposób redukować nadmiar liny. Dla wytrawnych wspinaczy to żadna nowość, ale dla świeżaków takich jak my to bardzo istotne sprawy godne, jak najlepszego zapamiętania. Mój zeszyt notatkowy pękał w szwach, starałem się zanotować każdą ważną informację. Wielkimi literami na środku zapisałem sobie coś takiego : LINA JEST NAJWAŻNIEJSZA. Niby nic, a jednak.

Dalsza część wykładu dotyczyła hipotermii, która jest w górach bardzo niebezpieczna. Wychłodzony organizm broni się przed mrozem na wszelkie możliwe sposoby, na przykład przez drgania, czy nawet ograniczeniu obiegu krwi w kończynach. Dalej dowiedzieliśmy się, że jest 5 stopni hipotermii, w jaki sposób badać osobę wychłodzoną, na czym polega izolacja termiczna, a także ogrzewanie aktywne i spontaniczne. Później przeszliśmy do odmrożeń, czyli uszkodzeń ciała na skutek działania niskich temperatur. Poznaliśmy ich stopnie, sposób zapobiegania, a także obejrzeliśmy zdjęcia. Do mnie to właśnie te ohydne obrazki przemówiły najmocniej, pełen obrzydzenia patrzyłem w laptopa instruktorki i modliłem się żeby nigdy mnie to nie spotkało. Na koniec wykładu próbowaliśmy odpalić filmik o wpadaniu do szczelin, niestety nie było nam to dane, bo komputer Aśki nie chciał z nami współpracować. Na sam koniec dość spontanicznie zdecydowaliśmy się na mały wieczorny spacer. Ubraliśmy ciepłe ciuchy i wyszliśmy na rundkę w koło schroniska. Było to nasze pierwsze nocne przejście i mimo, że była to przechadzka od Murowańca do Betlejemki to emocje towarzyszyły nam całkiem duże. Jak widać na załączonym obrazku ekipa „więcej sprzętu, mniej talentu” była świetnie przygotowana również na taką ewentualność…

Następnego dnia z rana mieliśmy ruszać w teren, więc jak zwykle w górach w łóżkach meldujemy się dość wcześnie, już po 22. Gorący prysznic, mycie zębów i w kimę. Czeka nas kolejny wyczerpujący dzień.

Sobota 25.02.2017

W schronisku jest coraz więcej ludzi. W końcu weekend, więc Murowaniec pęka w szwach. Jeden jegomość zdecydował się nawet na nocleg pod naszymi drzwiami. Po szybkim śniadaniu, my jak co dzień owsianka z białkiem, kefirem, orzechami i bananem, które wtargałem na moich plecach( bardzo pożywne i dające siłę na cały poranek – dobre do jakiejś reklamy) ciśniemy w stronę Czarnego Stawu. Droga mija nam bardzo sprawnie, pierwsze trudności napotykamy już ponad stawem. Dochodzimy do stromego podejścia pełnego lodu, które w praktyce okazuje się lodospadem. Chowamy jeden kijek trekkingowy do plecaka, wyciągamy czekany i ubieramy kaski. Szybka nauka korzystania z wyżej wymienionego sprzętu i napieramy do góry. Przeszkodę wszyscy pokonujemy sprawnie i po dłuższej chwili znajdujemy się na wypłaszczonym terenie.

Pani instruktor zabiera mnie ze sobą na górną półkę, gdzie razem montujemy liny do asekuracji. Kolejnym etapem naszego szkolenia jest wspinaczka lodowa. Dzięki letniemu kursowi, o którym pisałem we wcześniejszym artykule mogę służyć jej pomocą, chociaż przy jej niesamowitych okolicznościach ja wyglądam jak statysta, ewentualnie jak statyw/wieszak do trzymania liny. Obserwując tę kobietę w akcji jestem pełen podziwu i pokory. To niesamowite z jaką sprawnością radzi sobie w górach, jak świetnie jest przygotowana na każdą ewentualność. Po szybkim mocowaniu się z liną i kamieniami schodzimy na dół, gdzie wyciągamy ósemkę do asekuracji i zaczynamy pierwsze lodowe wejścia w naszym życiu. Na obrazkach wygląda to łatwo i przyjemnie, prawda jest jednak taka, że trzeba się natłuc w tym lodzie, że głowa mała. To masa energii i wiele roboty, a skutek znikomy. Satysfakcja po dojściu na górę, nawet kilkumetrowej ściany jest jednak ogromna.

Po szybkim zjeździe w dół „Szefowa” zaproponowała mi ponowne wejście na górę i ogarnięcie sprzętu. Bez chwili zastanowienia zacząłem kuć w lód. Tym razem poszło mi jeszcze sprawniej, niż za pierwszym razem i za moment byłem na górze. Zszedłem na około, tą samą drogą, którą tam weszliśmy. Wracając na Halę Gąsienicową pstrykaliśmy fotki i zachwycaliśmy się widokami. Powyżej Czarnego Stawu Gąsienicowego zatrzymaliśmy się i dostaliśmy zadanie do wykonania – jama śnieżna. Na ogół jest przy tym masa roboty, żeby zrobić do solidnie i dla kilku osób trzeba mocno się napracować. Dziewczyny z zapałem zabrały się do roboty, ja w tym czasie bawiłem się w fotoreportera i starałem się uwiecznić ich wysiłek na odpowiednio ładnych zdjęciach. Po zadziwiająco krótkiej, acz wytężonej pracy dokopały się do dziury.

Wszyscy zgłupieli, gdy instruktorka kazała im wchodzić w nieznaną przestrzeń. Jako jedyny facet zgłosiłem się na ochotnika, w końcu musiałem się czymś wykazać… Ku mojej wielkiej radości odkryłem, że jama jest już gotowa i możemy pakować się do środka. Śmiechu było co nie miara, każdy znalazł dla siebie przytulny kąt.

Po zabawach w jamie zeszliśmy na ciepły posiłek do schroniska. Godzinę poświęciliśmy na regenerację i znowu wyszliśmy na szlak. Założyliśmy uprzęże i udaliśmy się na pobliską skarpę. Tam uczyliśmy się robić stanowiska asekuracyjne z czekanów, a następnie w planach było ratowanie członka ekipy ze szczeliny. Przećwiczyliśmy to „na sucho” zeszłego wieczoru na korytarzu, jednakże w warunkach bojowych to zupełnie inna para kaloszy. Oczywiście padło na mnie, ja zostałem ofiarą. Podczas, gdy mój zespół miał iść przed siebie Asia kazała mi się rozpędzić i zeskoczyć w „przepaść”, która tak naprawdę była dość solidnie nachylonym stokiem. Dziewczyny przez moment zostały zaskoczone, Ania padła na ziemię i wbiła czekan, a moją Grażynę wmurowało na 3 sekundy. Cała akcja ratunkowa pod opieką Instruktorki przebiegała sprawnie, a dzięki ciepłym ciuchom nawet nie zmarzłem. Dramatycznie wyglądała jedynie moja pozycja, którą sfotografowała Zuza, która również tego dnia została ofiarą z drugiego zespołu.

Po 2 godzinach ćwiczeń i sporym ochłodzeniu zdecydowaliśmy się na powrót do bazy. Tego wieczora zdecydowaliśmy się na grzane wino i inne słodkości, a na wykładzie uczyliśmy się o różnych sposobach asekuracji w śniegu i lodzie, a także o tym kiedy można, a kiedy nie można wychodzić na szlak. Mocno styrani padliśmy do łóżek, tego dnia darowaliśmy sobie nocne spacery, naszykowaliśmy rzeczy do spakowania i usnęliśmy bardzo szybko.

Niedziela 26.02.2017

Polecę klasycznie; wszystko co dobre, szybko się kończy. Nie inaczej było z naszym kursem. Wstaliśmy dziś wcześniej, bo musieliśmy ogarnąć pokoje i naszykować się do wyjścia w teren zaplanowanego na godzinę 8. Plan udał nam się połowicznie, bo sprzątnęliśmy bajzel w miarę sprawnie, za to o odpowiedniej porze na dole czekałem tylko ja. Koniec końców udało nam się wyjść o godzinie 8:30. Tego dnia wychodzimy „na ciężko”, zabieramy ze sobą uprzęże, kaski, liny i cały sprzęt do wspinaczki. Po pół godzinie marszu jesteśmy pod kolejką na Kasprowy Wierch i niczym turyści spod Morskiego Oka wsiadamy do swoich gondoli i jedziemy do góry. Na miejscu przepakowujemy plecaki, zakładamy uprzęże, szykujemy wszystko co mamy i uczymy się asekuracji lotnej. Znowu dzięki umiejętnościom nabytym w szkole wspinaczki Góry i Alpinizm Pani Joanny Piotrowicz (kryptoreklama, a jakże!) mogę prowadzić naszą ekspedycję w stronę Świnicy. Idę obwieszony, jak choinka na święta, tylko że zamiast łańcuchów mam na sobie taśmy, a zamiast bombek karabinki, ekspresy i śruby do lodu. Całość zwieńcza czekanomłotek, mój własny czekan, no i oczywiście kijek trekkingowy.

Prowadzenie drogi w takich warunkach to zupełnie inna bajka, niż podczas wspinaczki, ale mechanizmy działają podobnie. Zakładam stanowiska w miejscach niebezpiecznych, tak aby w razie upadku, poślizgnięcia czy zachwiania równowagi nie spaść w przepaść. Jest bardzo zimno i wieje potężny wiatr, chwila w bezruchu w takich warunkach to mega słabe doświadczenie. Zastanawiam się, jak to możliwe wytrzymać w Himalajach i Karakorum o tej porze roku, a także jak robili to ludzie 30 lat temu… W książce Adama Bieleckiego wyczytałem, że zima tam i -40*C na nowo definiują pojęcie zimna. NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, AŻ TO SPRAWDZĘ! Po dość długim spacerze granią zatrzymujemy się i uczymy kolejnej rzeczy. Teraz będziemy zjeżdżać w dół z autoasekuracją. Każdy z nas zabrał ze sobą „ósemkę”, czyli przyrząd, dzięki któremu możemy bezpiecznie zjechać po linie. Oczywiście to ja idę na pierwszy ogień, dziewczyny czekają i marzną na grani. Starałem się robić wszystko, jak najszybciej, by oszczędzić im kłopotów. Po kilku minutach walki z wiatrami, linami i trudnościami skalnymi jestem kilkanaście metrów niżej. Zwijam kawałek liny i czekam, aż moje drogie Panie zjadą w dół. Próbowałem uchwycić trochę tej zabawy na aparacie, jednak było tak zimno, że moje palce bez rękawiczek odmawiały mi posłuszeństwa. Trochę to trwało, nim wszyscy byliśmy na dole, do tego momentu skuliłem się za kilkoma kamieniami i osłaniałem od wiatru. Najbardziej szkoda było mi Grażyny, która w asekuracji lotnej szła tuż za mną, a na górze musiała czekać najdłużej, bo tak powpinane były lonże.

Później cała telepała się z zimna, ale kilka minut marszu w zupełności wystarczyło, by ciepło powróciło. Został nam spacer do schroniska, szybka przekąska(polecam serdecznie  sałatkę z tuńczykiem z biedry) i zbieramy się do wyjścia. Do Betlejemki odprowadza nas Pani Piotrowicz, której dozgonnie będę wdzięczny za wszystko, czego nauczyła mnie w górach. Obładowani, niczym zwierzęta juczne schodzimy do Kuźnic.

Droga wiedzie przez Dolinę Jaworzynki, widoki są bardzo zacne, jednak zmęczeni i gonieni czasem nie mamy już ochoty tego fotografować. Grażynę rozbolały kolana, ja pod ciężarem plecaka i doświadczeń z ostatnich dni ledwo szedłem, dziewczyny z przodu pruły jak złe, a my oglądaliśmy ich plecy z oddali. Po 1,5 godzinie spaceru pakujemy się do busa i jedziemy na dworzec w Zakopanem. Nasza wyprawa kończy się, dziękujemy sobie nawzajem za miło spędzony czas i rozchodzimy się każdy w swoją stronę. My wybraliśmy się na Krupówki, znaleźć Misia! Niestety znowu go nie było, za to trafiliśmy na najlepszą możliwą szamę pod Tatrami. W „Czarnym Stawie” tak nas ugościli, że nawet jak nie mieliśmy już miejsca w brzuchu, to jedliśmy, takie było dobre. Baranina z grilla robi niezłą robotę.  Polecam i pozdrawiam!

To był wyjątkowy wyjazd, ludzie i wydarzenia. Kolejny krok w drodze na szczyty świata. Mimo kilku kłótni z Grażyną, które swoją drogą bardzo lubimy, drobnych kontuzji i czasami znużenia będziemy wspominać ten czas z rozrzewnieniem i wielką sympatią. Nie możemy doczekać się już kolejnych wyjazdów.

Wielkie podziękowania dla Pani Asi Piotrowicz, która jest świetną instruktorką, dla Adventure24, schroniska Murowaniec i naszych współtowarzyszek, Asi „Zuzy”, Ani, Ani z Babiej Góry i Matyldy. Mamy nadzieję, że spotkamy się na szlaku. Do zobaczenia!