Kurs skałkowy

Historia moich skałkowych wypraw zaczęła się dość niespodziewanie i jakby pod przymusem. Otóż Mama potrzebowała towarzysza, bez niego ani rusz w skałki. Traf chciał, że w tym czasie miałem mieć przerwę pomiędzy rozgrywkami i z chęcią zgodziłem się na ten wyjazd. Cała ta heca miała miejsce w Lądku Zdroju, który do tej pory znałem jedynie z Misia. Okazało się, że Lądek Zdrój leży w samym koncie naszego pięknego kraju, a podróż spod Lublina zajmuje dobre kilka godzin. Nasz wyjazd przypadł na dzień meczu Polska – Szwajcaria na Euro 2016… W życiu nie doświadczyłem równie wielkich emocji za kierownicą. Dojechaliśmy pod sam wieczór i zamieszkaliśmy w pięknym agroturystycznym gospodarstwie. Jedynym minusem był całkowity brak zasięgu, którego musieliśmy szukać na różne sposoby w najdziwniejszych miejscach. Moje połączenia do Asi wyglądały najczęściej tak, że chodziłem z telefonem po całej posiadłości, aż złapałem jakąś sieć, ewentualnie była opcja wdrapania się na domek dla dzieci, w którym również w razie szczęścia można było coś złapać. 

Nie jestem tu jednak po to, by opowiadać wam o moich połączeniach, czy emocjach związanych z podróżą po Polsce. Otóż kurs miał trwać cały tydzień, w jego skład wchodziły zajęcia teoretyczne i praktyczne. Pierwsze moje spotkanie z panią Joanną Piotrowicz odbyło się w chatce, w której mieszkaliśmy. Przywiozła ze sobą masę sprzętu, o którego  istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia. Różnego rodzaju liny, tasiemki, uprzęże, friendy, karabinki, książki i kaski. Tak zaczyna się moja przygoda z górami. Cały dzień z zapartym tchem słuchałem wykładu na temat całkowitych podstaw urzędowania w ścianie. Następnie mogłem przymierzyć uprząż, w której miałem spędzić kilka najbliższych dni i kask orzeszek, ledwo wciśnięty na moją głowę. Po tych przebierankach przeszliśmy do węzłów i tak oto moje szkolenie zaczęło przybierać realne kształty. Powoli „łykałem” jak wiązać „ósemkę” lub „podwójny zderzakowy”. Na temat węzłów powstanie zupełnie oddzielny artykuł, bo to bardzo ważna sprawa jest. Wracając do meritum. Wpinanie karabinków i friendów, wiązanie lin i inne cudawianki ćwiczyliśmy na karniszu. Pełni obaw zasłanialiśmy okna i w ukryciu przed uroczą panią Gospodarz podnosiliśmy nasze nikłe umiejętności. Deszczowy dzień powoli dobiegał końca, na horyzoncie pojawiały się nikłe promienie słońca i mogliśmy udać się do łóżek.
Kolejnego dnia ruszamy w teren. Niebo było przejrzyste, skałki suche. Podekscytowani zatrzymaliśmy się na parkingu w oczekiwaniu na panią Piotrowicz. Pierwszą rzeczą tego dnia, której mieliśmy się uczyć była asekuracja. Jest to absolutna podstawa wspinania, bez dobrej asekuracji nie ma co nawet myśleć o wchodzeniu w jakąkolwiek ścianę.  Pierwsze szarpnięcia nie były zbytnio zachęcające. Z liną wpiętą w uprzęż miałem biec, ile sił w nogach żeby nagle partner w tym przypadku moja własna osobista Mama mogła mnie zatrzymać za pomocą specjalistycznego sprzętu. Oczywiście potem role się odwróciły i to ja czerpałem tą sadystyczną przyjemność… Kolejną porcję wrażeń dostarczyło mi „spadanie”. Ta zabawa polegała na poddaniu się siłom grawitacji i powierzeniu całej ufności w asekurującej osobie. Jak do tej pory ten moment mojej górskiej aktywności kojarzy mi się najgorzej, ponieważ Pani Asia postanowiła sprawdzić czujność Ani i pchnęła mnie z górki. Niestety w danym momencie asekuracja nie zadziałała, jak należy i lekko poobijany skończyłem na kamienistej ścieżce. Następnie udaliśmy się piechotą na szczyt pobliskiej ścianki. Pomyślałem sobie: „hola hola przecież mamy się tu wspinać a nie wchodzić z buta…”. Pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy już stritce  na ścianie były kontrolowane zjazdy. BOŻE! Ile w tym było emocji i niesamowitych wrażeń. Siekneliśmy w brud zdjęć i podnieceni zjeżdżaliśmy z bananem na twarzy. Taka działalność w ścianie tylko zwiększyła nasz apetyt. Po kilku zjazdach Szefowa zarządziła małą przerwę, po której mieliśmy zacząć się wspinać. Ciężko nawet opisać uczucia, jakie mi towarzyszyły. Nutka zwątpienia, poczucie wyzwania, mega ciekawość. Ruszyliśmy w zespole 3 osobowym. Prowadziła Instruktorka, ja miałem iść w środku, a mama na końcu. Zaraz po starcie dostałem straszną zjebkę, ponieważ puściłem linę i jak gdyby nigdy nic patrzyłem jak Asia się wspina. Ale mnie wtedy zjebała… Od tamtej pory wiem, że nigdy przenigdy nie mogę puścić liny, gdy partner jest w trakcie wspinania. Pierwsze podejście zrobiliśmy w miarę szybko, jedynym problemem dla mnie było sprawne przepinanie się. Zanotowałem, że muszę nad tym popracować. Drugie wejście w ścianę zrobiliśmy już tylko we dwoje. Mama prowadziła, ja grzecznie szedłem za nią. Miałem przyjemność poznania nowego skałkowego urządzenia, o wdzięcznie brzmiącej nazwie – jebadełko. O dziwo nawet WORD je zna i nie poprawia pisowni 😀 Służy ono do wyciągania kostek z dziur, bardzo przydatny przyrząd, tak na marginesie. Z wspinania się tego dnia to by było na tyle, zebraliśmy sprzęt i ruszyliśmy w stronę auta. Wesoła anegdota i motto do zapamiętania. Dobry wspinacz jest jak stary lis, nigdy nie daje się zmoczyć.

Drugi dzień naszej walki ze skałkami, kolejna ciekawa porcja anegdot. Tym razem ruszyliśmy trochę dalej, mając w planie pokonywanie trochę poważniejszych przeszkód. Minęliśmy naszą pierwszą ściankę i pognaliśmy ścieżką w górę. Tym razem sami mieliśmy założyć stanowisko do asekuracji, więc zaczęliśmy prężnie działać i szukać „dziury w całym” tj. odpowiedniej kombinacji dziur tak, by połączyć je wszystkie i stworzyć niejako z nich całkowicie bezpieczny niewyrywany punkt. Do tego trzeba doświadczenia, co za tym idzie trochę czasu zajęła nam dyskusja i odpowiedni wybór. Tym razem to ja miałem prowadzić, powpinałem w uprząż masę sprzętu, i zabrałem się ostro do pracy. Zanim wejdzie się w ścianę należy z odpowiedniej odległości przyjrzeć się celowi podróży, określić naszą drogę, policzyć trudne momenty i odpowiednio oszacować sprzęt. Wiadomo, lepiej mieć więcej, niż mniej… Jednakże mniej doświadczeni wspinacze, tacy jak my 😀 zawsze biorą tych świecidełek zdecydowanie za dużo. No więc obwieszony zbędnym balastem ruszyłem do góry. Z dołu dopingowały mnie Mama i Asia, co jak wiadomo dodawało mi skrzydeł. Okazało się, że mam całkiem niezłe predyspozycje do tego sportu i szło mi całkiem nieźle, do czasu… Był moment, gdy dopadł mnie tzw. „telegraf”. Zacząłem się tak telepać, nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Strach, adrenalina, do końca sam nie wiem co, sparaliżowały mnie doszczętnie. Po chwili grozy opanowałem rozszalałe emocje i ruszyłem dalej. Jak pisałem jest to uczucie nie do opisania i chyba każdy, kto będzie się kiedykolwiek wspinał musi przeżyć coś takiego. Do tej pory miałem tak tylko raz, ale muszę przyznać, że do końca życia tego nie zapomnę. Koniec końców udało mi się wejść na górę i przy pomocy Instruktorki założyć „auto”, czyli auto asekurację i rozpocząć ubezpieczanie Ani. Kolejna sprawa, muszę Wam się przyznać, że trochę wątpiłem w umiejętności i sprawność Mamy, a Ona jak zawsze zaskoczyła in plus. Wiadomo, ma prawie 2 razy więcej lat ode mnie, jest po poważnych kontuzjach, a na skałkach wyglądała, jak młoda kozica. Nic nie robiła sobie z trudności, które nas tam spotykały. Kolejna historia związana z naszą nierówną walką z przyrodą jest idealnym przykładem na to, że warto czytać książki i pogłębiać swoją wiedzę na różne tematy. Otóż wraz ze sprzętem wspinaczkowym, z którym mieliśmy się zapoznać Pani Joanna zostawiła nam książkę „Podręcznik wspinaczki”. Z ciekawością do niej zaglądałem, żeby dowiedzieć się jak najwięcej. I wyczytałem i naoglądałem się obrazków na temat wszelkich technik wspinaczkowych, które można wykorzystać przy pokonywaniu trudności. Było o blokowaniu się w kominach, klinowaniu zaciśniętej pięści, a także co przydało nam się przy kolejnej ścianie i jest moją autorską nazwą – spacer kota. Cytując podręcznik „ Prawidłowa rozluźniona pozycja na płycie. Środek ciężkości znajduje się nad stopami dociskając je do skały; ręce są nisko – pomagają utrzymać równowagę, oczy skierowane w dół, na stopnie.” Okej, a więc podchodzimy do ściany. Asia mówi, że teraz będą jaja, a Ania będzie prowadzić. Mama patrzy na lekko nachyloną płytę i mówi: „Łeeeee, przecież to nic trudnego, ona jest prawie płasko. Damy radę NA LUZIE!” Bynajmniej wcale tak nie było. Po łatwym początku i wpięciu pierwszej kostki moja partnerka stanęła przed nie lada wyzwaniem. Teraz to ją przytelepało i nie wiedziała co robić. Kurczowo przylgnęła do ściany, co utrudniało jej wszelkie ruchy. Z dołu krzyczeliśmy różne komendy i sugerowaliśmy co ma robić, jednak na niewiele to się zdało. Mocno ściskałem linę, bo mimo niezłej polisy fajniej jest mieć Mamę, niż jej nie mieć…

Wszyscy się stresowaliśmy. My na dole, ona na górze. Atmosfera coraz bardziej napięta, wkurwienie i bezsilność osiągają apogeum. W końcu podjęła próbę dalszej wspinaczki, niestety nie pykło i z krzykiem odpadła. Najbliższy friend nie był najlepiej osadzony w ścianie, jedynie zamortyzował jej lot i koniec końców wypadł z dziury, zatrzymała się dopiero na kolejnej kostce. Tak mocno blokowałem linę, że chyba miałem potem pokrwawione ręce… Na szczęście poza zadrapaniami i obitym kolanem nic jej się nie stało i skończyło się na strachu. Do tej pory możemy opowiadać wszystkim znajomym, jak to uratowałem życie Mamie. Po całej hecy pozbieraliśmy się głównie mentalnie, zmieniliśmy na prowadzeniu i ja spróbowałem swoich sił na tym zdradzieckim podeście. Bogatszy o wiedzę z książki przyjąłem odpowiednią pozycję. Mimo pewnych obaw udało mi się pokonać miejsce, w którym Ania odpadła i wyżej było już tylko łatwiej. Kolejna trasa pokonana, wpiąłem się na górze i mogłem wciągać Mamę. Niezłe sukces story… Jak do tej pory wszystko wychodziło mi, aż za dobrze, sam się temu dziwiłem. Asia mnie chwaliła i namawiała żebym na poważnie zajął się wspinaczką. Ostatnią tego dnia atrakcją było pokonywanie komina. Szefowa zrobiła nam tam piękne zdjęcia, jak z podręcznika dla wspinaczy. Aktualnie to moje najlepsze zdjęcie ze skałek, chociaż liczę, że niedługo będą kolejne. Zaczęły zbierać się nad nami chmury i powoli zwijaliśmy sprzęt. Ostatnią tego dnia rzeczą, którą się nauczyłem były techniki auto ratownictwa. Za pomocą liny i kilku innych fikuśnych sprzętów, o ile zdrowie na to pozwala można samemu wyciągnąć się na przykład z wielkiej szczeliny. Każda chwila w na skałkach mnie zaskakiwała i byłem coraz bardziej zdumiony, z jakich opresji możemy sami się wyciągnąć. W końcu przyszedł oczekiwany deszcz i musieliśmy zawijać się na parking. To był kolejny mega udany dzień i moja zajawka na skałki i góry rosła coraz bardziej…

 

 

Nowy dzień, nowe nadzieje, nowe wyzwania? Krótkie podsumowanie ostatnich wydarzeń. Poniedziałek, była teoria w naszej agroturystycznej chałupce, 2 dnia były pierwsze niefortunne upadki w trakcie prób asekuracji i piękne zjazdy, środa to walka na Trojaku i zdradliwej ścianie, gdzie Mamie podwinęła się noga, a mi udało się ją trochę przy asekurować… Zostają nam 2 ostatnie dni zabawy w skałkach. W czwartek stawiamy się na dobrze nam znanym parkingu. Początkowo myślałem, że całe nasze szkolenie będzie się opierało na jednej ściance, zero różnorodności, oklepany temat. Już drugiego dnia wspinania moje domysły okazały się błędne i za każdym razem robiliśmy coś nowego. Bardzo mi to odpowiadało, bowiem nie lubię nudy, jestem zwolennikiem radosnej twórczości w każdym aspekcie życia. Tego dnia zapowiadali deszcz, musieliśmy mieć się na baczności. Swoją drogą, cały nasz wyjazd pogoda była jak na zamówienie. Nie mogliśmy i nie mieliśmy prawa na nic narzekać. Tym razem rozpoczęliśmy wspinaczkę na naszej „pierwszej” ścianie, którą tym razem mieliśmy zrobić nową drogą. Przypominam, że był już czwartek i Pani Instruktor wymagała od nas pełnej gotowości do działania, ograniczała się jedynie do małych podpowiedzi. Rzekomo potrafimy już się wspinać, a co za tym idzie mamy być zaradni. Klasycznie zaczynamy od rozpoznania ściany i drogi, którą będziemy podążać, szukamy punktów zaczepienia i trudnych momentów, dobieramy sprzęt i zakładamy punkt asekuracyjny. Z czasem i nabytym doświadczeniem będzie to trwało kilka minut, dla nas – żółtodziobów jest to nie lada wyzwanie. Każdą decyzję konsultujemy, analizujemy i poddajemy ocenie. Wszystko trwa bardzo długo, ale mając na uwadze nasze zdrowie i życie wolimy się przypadkiem nie wygłupić i nie zabić. Tego dnia odczuwalne już jest lekkie zmęczenie, a wspinanie idzie nam dość opornie. Między mną, a Anią pojawia się też pewne napięcie. Ogólnie nie spędzamy ze sobą jakoś dużo czasu, co obojgu nam jest na rękę. Bardzo się kochamy, ja jestem dobrym synem, a Ania wzorową matką. Jednak charaktery mamy bardzo podobne i przy dłuższym pobycie razem wychodzą pewne spięcia. Swoją drogą po tym wyjeździe mieliśmy siebie dość chyba przez miesiąc… Tego dnia zrobiliśmy kilka nowych dróg, działaliśmy praktycznie sami, Joanna dawała nam wskazówki, ale ogólnie była z nas zadowolona. Deszcz przyszedł chyba koło 14 i wygonił nas do domu. Tydzień zbliżał się do końca, a nam został ostatni dzień wspinaczki, piątek.
Szefowa zarządziła spotkanie w okolicach nadleśnictwa. Zostawiliśmy samochód i wsiedliśmy do niej. Droga wiodła przez las, dzięki pozwoleniu na przejazd zaoszczędziliśmy ponad godzinę marszu. Dzień zaczynał się dobrze, pogoda dopisywała, miny i humory dość nietęgie, spotęgowany wysiłek z całego tygodnia dawał powoli o sobie znać. Szczególnie było to widać po Ani, która cały dzień chodziła zła, jak osa. Przy pierwszej ściance spotkaliśmy sporą grupę, na szczęście byli od nas bardziej zaawansowani i nie wchodziliśmy sobie w drogę. Jechali całą noc i mimo zmęczenia tęgo posuwali do góry. My zmienialiśmy się na prowadzeniu, raz prowadziłem ja, raz Mama. W międzyczasie mieliśmy przyjemność wysłuchać, jak wypełnia swoje służbowe obowiązki i opieprza roztargnioną pracownicę. Osobiście jestem do tego przyzwyczajony, więc nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, co innego na pani Instruktor…


Cały wyjazd można zaliczyć zdecydowanie do udanych. Mimo kilku spięć z Anią wynikających z rosnącego zmęczenia wróciliśmy do domu pełni wiedzy i motywacji do dalszego działania. Jak się potem okazało, ten czerwcowy wypad do Lądka Zdroju okazał się zapalnikiem do mojej wielkiej górskiej przygody i z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój zdarzeń.

Oskar